Rozdział 10 "One były błękitne... Jak skrawek nieba, zupełnie tak jakbyś była aniołem..."
Dochodziła już 17:00. Nathan szedł niby spokojnym spacerem, a jednak było to trochę przyspieszone tempo. Kierował się w stronę Wall Street do parku, który mieścił się koło starej szkoły. Jaki był jego cel? Za wszelką cenę chciał zatrzymać Nadię i zapobiec jej spotkaniu z Kastielem. Nie chciał, by się spotkali. Chciał jej wszystko powiedzieć, pragnął powiedzieć jej prawdę o jego uczuciach i wytłumaczyć dlaczego skłamał i musiał udawać... Udawał, że mu nie zależy, udawał, że ma ją kompletnie gdzieś. Ukrywał swoje prawdziwe uczucia do niej. Po prostu za wszelką cenę nie chciał jej zranić. A sam bardzo cierpiał. Dusił wszystko w sobie. Ale nie mogło być inaczej. Chciał, by Nadia zapomniała o nim, znienawidziła go, żeby po prostu nie cierpiała po jego odejściu, które niestety zbliżało się wielkimi krokami. Jednak gdy pojawił się Kastiel, Nathan poraz pierwszy w życiu poczuł... Zazdrość. Nie mógł patrzeć na dziewczynę, którą tak mocno kochał obok innego chłopaka, który nie był nim. Musiał przez cały czas dusić w sobie to co czuje, ale nie dawał już rady. Pomyślał, że już dosyć i musi jej powiedzieć prawdę. Tak, zdawał sobie sprawę, że jest egoistą i jego uczucie do niej może ją zniszczyć, ale chciał ją mieć tylko przy sobie, mimo wszystko chciał ją kochać i być obok. Dlatego musiał to zrobić.
-Nadia... - szepnął łagodnie, jak gdyby to imię rozbrzmiewało w jego głowie tak słodko i miło niczym łagodny, chłodny powiew wiatru w upalny dzień. Gdy nagle poczuł jak zaczyna kręcić mu się w głowie. Stracił czucie w kończynach, zrobiło mu się nagle słabo jak nigdy dotąd. Upadł na podłogę łapiąc się za głowę i stękając ciężko. Z każdym dniem był coraz słabszy, a na dodatek dzisiaj złużył zbyt dużo swojej mocy, co osłabiło jego siłę.
-Co ty robisz?! - spytał kpiący głos osoby stojącej tuż za nim.
-Cholera... - syknął. -Jason, od kiedy mnie obserwujesz?
-Nie mów, że mnie nie wyczułeś?
-Nie... - odrzekł czując wstyd. Czuł odrazę do samego siebie. Przed własnym bratem wyglądał teraz jak niedojda.
-Młody, coś z Tobą jest naprawdę nie tak. O co chodzi? - spytał po chwili.
-To nie twoja sprawa! - syknął Nathan wstając gwałtownie, po czym od razu złapał się za bolącą głowę. Ledwie widział już na oczy. Teraz miał już pewność. Pozostało mu niewiele czasu... Naprawdę niewiele...
-Owszem moja! Jestem twoim bra... - Nie zdążył dokończyć, gdyż Nathan mu przerwał rozwścieczony.
-Nie jesteś moim bratem! My tylko wychowywaliśmy się adoptowani przez tą samą rodzinę, ale ty miałeś inną matkę i ja inną. Nie jesteś moim prawdziwym bratem! - Nathan patrzył na niego ze złem i nienawiścią w oczach. Jason uklęknął przed nim.
-Jesteśmy braćmi, jesteśmy rodziną. Byłem z Tobą przez większość twojego życia. I teraz też jestem. Przyjechałem tu po to, by cię niańczyć, wiesz? To, że kiedyś między nami doszło do nieporozumienia nie znaczy, że ot tak przestaliśmy być braćmi. Od zawsze nimi byliśmy. A ty zachowujesz się jak gówniarz... - Nathan spojrzał na Jasona wzruszonym wzrokiem. Był poruszony tym co powiedział, ale nie dał nic po sobie poznać.
-Zawsze mi to mówisz... - powiedział tylko.
-Bo to prawda.
-Wiem... - odrzekł smutno chowając głowę między ramionami. Zaczął cicho szlochać. Nie powstrzymał się. Nie miał zamiaru już nigdy się powstrzymać. Jason położył mu dłoń na ramieniu, by dodać mu choć trochę otuchy. A Nathan płakał. Płakał poraz pierwszy w swoim wampirzym życiu. Poraz pierwszy poczuł wszystkie smutne emocje naraz. Ten smutek był nie do opisania. Chłopak czuł, że płacząc uwalnia się z jego zranionego serca każdy smutek i rozpacz jaką tam cały czas skrywał, każda czarna emocja..Płakał coraz głośniej. Żałował tego kim był, co wyrządził, żałował, że okłamał Nadię, żałował, że nie był w stanie wybaczyć bratu, żałował, że nie potrafił ochronić rodziców i żałował, że już nie mógł nic naprawić.
-Jason...-powiedział przez łzy. Podobno wampirze łzy są w stanie wyleczyć każdą ranę... Uniósł głowę patrząc na niego smutnym wzrokiem. Jason także był smutny. Nie wiedział co miał mu powiedzieć. Tak bardzo mu współczuł.
-Jason... Ja nie chcę umierać! - zaczął podnosić głos. Mówił to podniesionym nasiąkniętym wieloma emocjami głosem. - Ja naprawdę nie chcę umrzeć! Chcę żyć! NIE CHCĘ UMRZEĆ!
-Bracie... - Jason ledwo powstrzymał łzy. - Ja chcę żyć... Dzięki niej chcę żyć, chcę żyć obok niej, dla niej...
Nathan poraz pierwszy okazał tak dużo emocji. Pierwszy raz taki był. Udowodnił, że ma naprawdę dobre, wrażliwe serce. Jego serce było po prostu dużo razy ranione, dlatego po jakimś czasie żeby się chronić wytworzyło sobie ochronną barierę z twardego lodu. Żeby nikt nie mógł nigdy przedostać się do niego i go poraz kolejny zranić... Swoją oschłością i nieprzyjemnym usposobieniem po prostu się bronił, bo nie chciał znów być zraniony i poraz kolejny cierpieć... Odpychał od siebie ludzi, bo nie chciał by się do niego zbliżyli. Jednak w jego życiu, które było jak wiecznie czarne niebo pojawiła się świecąca gwiazda oświetlająca je... Ta dziewczyna stopiła twardy lód z jego serca i dostała się do niego... A potem została już na zawsze uwięziona w głębi jego serca.
~~
Nadia była w drodze na spotkanie z Kastielem. Jej jasne, lekko pofalowane, długie włosy opadały jej swobodnie na smukłe ramiona. Miała na sobie kremową sukienkę z efektowną kokardą na środku. Do tego niebieskie bolerko i pasujące do tego baletki. Oczy miała zamyślone. Myślała o Nathanie.Tak jak on myślał o niej. Oboje myśleli o sobie, tylko żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy. Dziewczyna przejechała opuszkami palców po swych wargach przypominając sobie ich "pierwszy" pocałunek. Nie mogła tego zapomnieć. Nagle poczuła jak z jej lewego oka spłynęła łza. Żałowała, że pocałunek nie był prawdą, tylko zwykłym snem. Żałowała tego, że Nathan jej nienawidził. Było jej przykro, że jej unikał i urwał kontakt.
-Nathan...-szepnęła smutno powstrzymując łzy.
-Nadia! - usłyszała za sobą krzyk. Znieruchomiała. Nie mogła w to uwierzyć. Nie, to nie jest prawdą. Serce zaczęło jej bić szybciej, jakby chciało się wyrwać z jej piersi, by popędzić w stronę... Nathana. Jednak pamiętała, że nie może ulec jemu i jego nieziemskiemu urokowi.
-Nadio... - powiedział powoli i z uczuciem. Jego słodki, aksamitny głos od razu dobiegł do jej uszu, on wołał, ale Nadii zdawało się, że szeptał jej słodko do ucha. Jego głos sprawił, że dziewczyna ani drgnęła i wyczekiwała na kolejne wyszeptane słowo.
-To znowu sen... - szepnęła cicho.
-Nadia... - poraz kolejny wypowiedział jej imię. W tej chwili dziewczyna poczuła jego chłodne dłonie przeplecione wokół talii i jego brodę przyłożoną na jej lewym ramieniu. Przytulał ją, tak bardzo mu jej brakowało...
-Co robisz? - spytała po chwili nie wykonując nawet żadnego ruchu, w tej chwili chłopak stanął tuż przed nią. Spojrzał jej przenikliwie w oczy.
-Nie idź tam... - Szepnął spuszczając głowę w dół.
-Co?!
-Po prostu tam nie idź! - krzyknął przez zaciśnięte zęby patrząc jej teraz uporczywie w oczy. Dziewczyna nie miała pojęcia co odpowiedzieć. Dlaczego on tak bawił się jej uczuciami?!
-Dlaczego?
-Ponieważ chcę Cię mieć przy sobie, teraz! I nie chcę być się z nim spotkała!
-Nie masz nic do gadania! Nie jestem twoją zabawką! - krzyknęła przez łzy. Przyspieszyła kroku i odpychając go poszła dalej. On tylko chwycił ją mocno za dłoń w żelaznym uścisku. Stanęła i odwróciła się. Spojrzała na jego piękną twarz. Jego czarne włosy rozwiane w wietrze... Młody bóg...
-Dlaczego nie chcesz bym tam poszła? Jesteś zazdrosny?! A nie, to niemożliwe. Przecież mnie nienawidzisz! Zapomniałeś?! - Chłopak otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. - Puść mnie!
-Okej... - odpowiedział smutno.-więc idź.... - spuszczając głowę puścił jej dłoń. Dziewczyna spojrzała ma niego ze łzami w oczach. Szybko je otarła i odeszła. Zaczęła trochę żałować, że nie została. Musi się spotkać z Kastielem, zaraz za tym rogiem powinien na nią czekać... Idąc nagle poczuła jak ktoś mocno ściska jej rękę nie pozwalając jej dalej iść. Nathan nie mógł pozwolić jej tam iść.
-Tak...
-Co, tak? - spytała cicho odwracając się w jego stronę.
-Tak, jestem zazdrosny... - dopowiedział cicho.
-Przecież mówiłeś mi, że... Wtedy powiedziałeś, że musiałby się zdarzyć cud żebyś...-Nie dał jej dokończyć, bo ją mocno przytulił.
-A ty, tak łatwo w to uwierzyłaś?
-A co miałam zrobić?! - spytała piskliwym głosem. - Miałam na siłę Cię zatrzymać?! Wbrew twojej woli?! Nie rozumiem Cię, już Cię kompletnie nie rozumiem...
-Właśnie tak miałaś zrobić... - zaczął łagodnie i uśmiechnął się. - Miałaś zatrzymać mnie i powiedzieć, że mi nie wierzysz. Pocałowałem Cię, a ty uwierzyłaś mi w te bzdury...
-Idioto! Debilu! Popaprańcu! - krzyknęła. - Po co mnie w takim razie kłamałeś?! - on tylko delikatnie się uśmiechnął.
-Musiałem... Za wszelką cenę musiałem sprawić byś mnie znienawidziła... Wiesz, ja... Od dawna Cię kochałem... Kłamałem mówiąc te okropne rzeczy! KŁAMAŁEM!!! - spuścił wzrok. Nadia zaniemówiła. Nie mogła w to uwierzyć. Była taka szczęśliwa, a jednocześnie smutna. Miała wrażenie, że jutro Nathan znowu ją znienawidzi.
-To jest sen... - powiedziała cicho wgapiając się w jakiś punkt tuż za jego plecami. Z jej oczu co chwilę wypływały świeże łzy.
-To nie sen. - odrzekł przenikliwie patrząc jej w oczy, ocierając jej łzy.
-To jest sen! - krzyknęła patrząc na niego. Teraz dziewczyna już sama nie wiedziała co czuje. - Od zawsze byłeś moim snem, rozumiesz? Zawsze byłeś tak blisko, ale byłeś taki odległy... Gdy się obudzę to znikniesz... Ale ja... Nie chcę byś zniknął, po prostu już nigdy nie chcę się obudzić!!! - rozpłakała się. Nathan wytrzeszczył oczy, patrząc na nią wzrokiem pełnym bólu. Poczuł mocne ukłucie w sercu. To co powiedziała było prawdą... On niedługo naprawdę zniknie... Już na zawsze. I to on wtedy obudzi się pozostawiając swój piękny sen daleko za sobą...
-Pocałunek nie był snem... Wiem, że jestem egoistą, ale mimo to nie mogę przestać Cię kochać... Niedługo ja... Pozostało mi niewiele czasu...
-Co?! - Nadia była w szoku. Czy on powiedział, że wkrótce... Umrze?!
-Nic, po prostu... Mam już trochę mało czasu i muszę się spieszyć. Nieważne. - uśmiechnął się smutno.
-Nathan... Ja po prostu... Nie do końca ci wierzę... - powiedziała, po czym odeszła. Była w szoku, dlatego chciała pobyć sama i to wszystko przemyśleć. A Nathan poczuł się trochę słabo. Zdążył wypowiedzieć jedno zdanie, które dla Nadii znaczyło więcej niż cokolwiek...
-One były błękitne... Jak skrawek nieba, zupełnie tak jakbyś była aniołem... - Nadia odwróciła się gwałtownie i spojrzała na niego poruszona. On patrzył na nią miękkim, ciepłym wzrokiem, po czym wyszeptał:
-A jednak... Pamiętałaś... Wiesz, do tej pory zawsze co noc patrzyłem w gwiazdy... - uśmiechnął się z satysfakcją, a potem czując jak zaczyna tracić grunt pod nogami, bezsilny opadł na ziemię.
~
I koniec. Starałam sie żeby ten rozdział był taki... no nwm, wyjątkowy? Nwm czy mi to wyszło, ale mam nadzieję, że sprostałam waszym oczekiwaniom i rozdział sie spodobał. Mało Kastiela i nie ma Lysia, przepraszam. Wynagrodzę to w kolejnych rozdzialikach :D nwm jak wy, ale ja ich pokochałam. Kolejny rozdział pojawi się niebawem. Jednak nie jestem w stanie przewidzieć kiedy ;(
To tyle i narazie ;*
Pozdrawiam wszystkich czytających, wasza Ercia xd
PS.: niedługo kolejny rozdział specjalny ;)
