sobota, 27 września 2014

Wypadek..

Rozdział specjalny..

Dzień, w którym zdarzył się wypadek..
Dzień, który odmienił ich życie..

" Próbujesz sobie przypomnieć, kiedy to wszystko się zaczęło. 
A zaczęło się wcześniej niż Tobie się wydaje.. o wiele wcześniej. 
Wtedy zaczynasz rozumieć, że nic nie dzieje się dwa razy. Już nigdy nie poczujesz się tak samo, nigdy nie wzniesiesz się trzy metry nad niebem."

13 lipca, 2010 rok, godzina 09:30

-Więc jesteś gotowa? - spytał podekscytowany chłopak spoglądając na dziewczynę, która właśnie zakładała buty.
-Teraz tak. - zbiegła ze schodów spinając swoje długie jasne włosy w wygodną kitkę. Na prawym ramieniu miała zawieszony czerwony plecak,  na sobie miała wygodny dres. Będąc tuż przed nim potknęła się i tracąc równowagę upadła, jednak nic się nie stało dzięki niesamowitemu refleksowi jej chłopaka. Nathan zdążył złapać ją i zapobiec wypadkowi. Przycisnął ją mocno do siebie, był spięty. Trzymał ją jeszcze przez chwilę w ramionach.
-Co ty... - roześmiała się. - Wyluzuj. No bez przesady. Wiem, że jestem niezdarna, ale kurdę to był praktycznie ostatni schodek. Ostatecznie mogłabym się skaleczyć podczas skoku! Głuptas! - szturchnęła go w ramię, a Nathan wreszcie się rozluźnił.
-Może i masz rację, ale jakoś tak dzisiaj mam przeczucie, że coś się stanie. Proszę Cię, uważaj dzisiaj na siebie... - spojrzał jej intensywnie w oczy.
-Niby co ma się stać?! - spojrzała na niego rozbawiona. - A teraz chodźmy, bo już po prostu nie mogę wytrzymać z podekscytowania! - pociągnęła go za rękę i poszła szybkim krokiem w stronę korytarza.
-Uważajcie na siebie, gołąbki! - Krzyknęła mama Nadii żegnając młodych z kuchni. Nathan uśmiechnął się. - Tylko Nadia, proszę cię nie wpadnij! - Nathan uśmiechnął się jeszcze szerzej i się zaczerwienił. Nadia zrobiła wytrzeszcz oczu.
-MAMO!!!
-Do stawu oczywiście.-powiedziała roześmiana.
-A ty się tak nie szczerz tylko chodź! - pociągnęła chłopaka za sobą. Wreszcie wyszli z domu. Nadia odetchnęła z ulgą.
-Gdybyśmy zostali tam dłużej, zaczęłaby nam robić wykład o antykoncepcji.
-Myślisz? - spojrzał na nią spode łba.
-Ja nie myślę! Ja to wiem... A tak poza tym to zluzuj, bo jak będziesz taki spięty to nie powiem co mnie strzeli.
-No dobra postaram się...-uśmiechnął się do niej.
-To nasza pierwsza randka, na takiej nic złego nie ma prawa się wydarzyć. - uśmiechnęła się do niego szeroko, on zrobił to samo.
-Tylko nie wpadnij! - roześmiał się.
-Ja cię zabiję! - krzyknęła szturchając go.
- Do stawu oczywiście...
-Dobrze, obiecuję, że nie wpadnę do żadnego stawu, ale błagam już się zakmnij! - obydwoje spojrzeli po sobie i się roześmiali.
Idąc z nią krok w krok Nathan chwycił ją za dłoń i resztę drogi przeszli trzymając się razem za dłonie, podziwiając piękne amerykańskie miasto w stanie Georgia, jakim była Atlanta.

Godzina 10:11

-Wreszcie jesteśmy! - krzyknęła uradowana dziewczyna patrząc na rozłożystą polankę i rozpościerające się tuż przed nią strome pagórki.
-No nieźle! - podszedłszy do dziewczyny chwycił ją delikatnie w talii podziwiając widok. - wyobrażałem je sobie dużo niższe!
-To co? Zaczynamy? - spytała trzęsąc się z podekscytowania.
-No dobra, tylko jeszcze raz sprawdzę linę...

~~

Godzina 10:55

-Jak pięknie
-Nie wychylaj się! - krzyknął Nathan patrząc na nią z góry.
-Wyluzuj. Nic mi się nie stanie, jestem nisko.
"Ale to się zmieni." Pomyślała i uśmiechnęła się szyderczo.
-Rzeczywiście ładne to miejsce. - powiedział wychyliwszy się podziwiając rozpościerające się drzewa. Uśmiechnął się. Nadia patrzyła na niego z dołu. Wyglądał jak młody bóg. Jego uśmiech był zniewalający. Pomyślała, że nie będzie od niego gorsza.
-Spójrz na mnie! - krzyknęła puszczając się liny gdy się odwrócił. Jego twarz natychmiast się zmieniła, uśmiech zniknął, a na jego miejscu pojawił się strach.
-Nadia!!! - krzyknął przejęty.
-Nic mi się nie stało bałwanie!
-Proszę Cię... Nie rób tak! - szepnął zmartwiony. Nadia była w szoku. Nie chciała, by tak się czuł. Ona po prostu chciała mu udowodnić, że niepotrzebnie się martwi, że mimo wszystko nic nie może się stać. Chciała go tylko uspokoić, a on i tak bardzo się martwił. Wzruszyła się, był taki kochany i taki niesamowity. Tak bardzo go kochała i nigdy nie chciała go stracić.
-Przepraszam...
-Uff... - roześmiał się nerwowo i odgarniając włosy w tył westchnął ciężko. - trochę tu wysoko, więc nie zrozum źle tego, że się martwię... - spojrzał na nią czule.
-Okej, będę uważała. Wspinajmy się dalej.
Nathan wspinał się coraz wyżej oglądając się co jakiś czas w dół, by móc spojrzeć na swoją dziewczynę. Nadia także nieźle sobie radziła, ale była cały czas tuż pod nim. Chciała być choć trochę wyżej, by móc go zaskoczyć, żeby mógł patrzeć na nią z dołu.
-Podoba Ci się? - spytał Nathan patrząc w dół ma oddaloną od niego o jakieś dwa metry Nadię.
-Tak, jest fajnie, ale musisz się pogodzić z tym, że za chwilę będę wyżej!
-Nadia, proszę cię, uważaj... - przestraszył się gdy dziewczyna gwałtownie przyspieszyła.
-Błagam cię... Zrobię wszystko, by cię chociaż raz prześcignąć.
-Przestań wykonywać gwałtowne ruchy! - Nathan wpadał w panikę patrząc jak Nadia szybko próbuje wspiąć się wyżej.
-NADIA, STOP!!! - krzyknął spanikowany patrząc jak dziewczyna ześlizgając się puszcza się skały.
-Aaaaaa!!! - krzyknęła z przestrachem wisząc w powietrzu. Lina się naprężyła.
-Nadia, proszę cię, złap się szybko jakiejś skały! - krzyczał przejęty chłopak schodząc w dół, by być bliżej.
-Ale ja nie mogę... - powiedziała piskliwym głosem. Lina pękła. Była już wcześniej trochę pęknięta, ale teraz pękła całkowicie. Nadia krzyknęła chwycąc się w ostatniej chwili wyciągniętej dłoni Nathana. Spojrzała w dół. Była bardzo wysoko.
-Trzymaj się mocno. Nie pozwolę Cię puścić.. - rozejrzał się wokół, nikogo nie było w pobliżu, kto mógłby im pomóc. Byli sami. Nathan z całych sił trzymał Nadię za dłoń, lewą ręką podtrzymując się kamiennej ściany. Niespodziewanie doznał skurczu prawej dłoni.
-Nathan... Proszę ratuj siebie. Z tymi linami jest coś bardzo nie tak. Twoja lina nie utrzyma nas obydwoje, co mamy robić? - spytała drżącym głosem. Obydwoje byli w tej chwili bezradni. I potem... To się wydarzyło. To był ułamek sekundy. Sekundy, która decydowała o wszystkim i właśnie ta jedna sekunda sprawiła, że te piękne miesiące spędzone razem straciły znaczenie... Jej dłoń ześlizgnęła się, chłopak jej nie utrzymał i dziewczyna spadła... A on... Żałował, tak bardzo żałował. Nie mógł pojąć tego dlaczego ją puścił. Przecież obiecał sobie, że da radę ją utrzymać, że ją uratuje... Ale w tamtej chwili nie był w stanie nic już zrobić, był kompletnie bezradny. Nawet gdyby chciał nie mógł jej ochronić.

~~
25 lipca, 7:00

-Nadal nic się nie zmieniło? - spytał przybity.
-Nie... - odpowiedziała twardym głosem pielęgniarka. Spojrzała na zdruzgotanego chłopaka ze współczuciem. - Nadal jest w śpiączce, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo się wybudzi. Jej stan jest stabilny, a rany prawie się wygoiły. - uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco kładąc swą dłoń na jego ramieniu, by w jakiś sposób dodać mu otuchy.
-Naprawdę? - spytał podekscytowany.
-Nie jestem w stanie Ci tego zapewnić, ale opierając się na ostatnich badaniach tak powinno być. Ale narazie to nie ma sensu byś ciągle tu przychodził. Doktor Fieldgrodge wczoraj cudem wygonił Cię na noc do domu.
-Trudno... Zostanę tu tyle ile będzie trzeba, aż w końcu się wybudzi. Tylko tyle mogę dla niej zrobić, prawda? - pani Smith się uśmiechnęła. Jej brązowe, duże oczy wskazywały wzruszenie.
-Jestem pewna, że jest szczęśliwa mając takiego chłopaka jak ty... I wiem, że gdy się wybudzi będziesz pierwszym, którego ujrzy, a gdy to zrobi będzie bardzo szczęśliwa... - odrzekła i odeszła w stronę gabinetu. Nathan wszedł do sali, gdzie leżała Nadia. I tak jak codzień usiadł na krzesełku, które było tuż przed jej łóżkiem.
-Niestety nie mogłem dotrzymać ci towarzystwa tej nocy. Wygonili mnie... - mówił delikatnym głosem ujmując jej zimną dłoń w swoje dłonie patrząc na jej twarz. Była blada, oczy miała zamknięte. Usta lekko rozchylone. Wyglądała tak samo jak wczoraj i przedwczoraj... I przez ostatnie kilkanaście dni. Nathan codziennie do niej przychodził. Spędzał kilkanaście godzin dziennie będąc u jej boku, mając nadzieję, że w końcu się wybudzi... Był załamany. Obwiniał się o ten wypadek. Wmawiał sobie, że to jego wina. Dobrze wiedział, że Nadia mogła się wybudzić albo... Umrzeć... A on nie chciał, by umarła. Chciał, by żyła. Tak bardzo ją kochał. Nie wyobrażał sobie życia bez niej.
-Jeśli ty umrzesz... Ja też umrę... - odrzekł smutno, łzy zaczęły mu lecieć, najpierw powoli potem strumieniami. Płakał, znowu... Płakał codziennie gdy ją odwiedzał.
-Przepraszam Cię... - szepnął przez łzy mocniej ściskając jej dłoń.- Ile bym dał byś się wybudziła... - przytulił się do niej. Leżał tak przez jakiś czas, minęło kilka, minut, godzin, może nawet dni... Aż jej serce przyspieszyło. Tak nagle... Nathan z przestrachem spojrzał na monitorek monitorujący pracę jej serca.
-Tylko nie umieraj... Proszę...- szepnął. Serce biło mocniej. Potem jednak przestało bić... Nathan wpadł w panikę.
-Nie!!!-krzyknął spanikowany.
-NIE!!! NIE!!! NIE!!!- zaczął nią nerwowo potrząsać.- Jego teraźniejszych uczuć nic nie było w stanie opisać.
-Nathanie! Uspokój się! - krzyknęła pani Smith odciągając go, a on za wszelką cenę próbował się wyrwać. Kilku lekarzy podbiegło do dziewczyny i zaczęło ją reanimować. Po jakimś czasie praca jej serca wznowiła działanie. Nadia została uratowana. Wreszcie Nathan mógł ponownie wejść do sali gdzie leżała nieprzytomna dziewczyna. Był środek nocy, a on siedział obok niej trzymając ją za dłoń. Myślał... O chwilach jakie z nią spędził, o ich pierwszym spotkaniu. Przypomniało mu się to gdy razem niegdyś patrzyli w gwiazdy, wtedy wydawały się być takie piękne. Odczuł teraz chęć podejścia do okna, by móc spoglądać w gwiazdy. Mimo tego, że chciał, nie zrobił tego, bo nie chciał opuścić swojej dziewczyny nawet na sekundę. Patrzył na jej zamknięte oczy. Tak bardzo chciał by się otworzyły, by mógł spojrzeć na jej błękitne jak skrawek nieba, anielskie oczy...

~~

26 lipca, godzina 14:23

Było jasno. Promyki słońca oświetlały tą ponurą salę. Słońce świeciło jaśniej niż zazwyczaj, a przynajmniej tak mi się wydawało. Patrzyłem na jej twarz, była rozjaśniona, rumiana. Jej powieki były nadal zamknięte, jednak teraz niespodziewanie je otworzyła... Zamrugała nerwowo. Poraz pierwszy od tak wielu dni mogłem spojrzeć w jej śliczne błękitne oczy. Serce mi przyspieszyło. Nic nie było w stanie opisać co wtedy czułem. Radość, wzruszenie, szczęście, poruszenie, nadzieja czy może wszystko naraz? Uśmiechnąłem się i drżącymi rękami chwyciłem jej ciepłą dłoń.
-Nadia... - szepnąłem. Nie mogłem wydusić z siebie nic więcej. Ze wzruszenia odjęło mi mowę. - Nadia, tak się cieszę. - przytuliłem ją, a łzy zaczęły same spływać mi po policzkach. Byłem szczęśliwy jak nigdy dotąd, tak bardzo cieszyłem się, że ją odzyskałem...Jednak to szczęście nie trwało długo... Spojrzałem jej w oczy. Widać w nich było zdezorientowanie, poczułem nagłe ukłucie w sercu. O co chodzi?
-Kim jesteś? - spytała zdziwiona. Jej głos wyrażał obawę. Te dwa słowa, które właśnie wydobyły się z jej ust sprawiły, że nagle wszystko w moim życiu straciło sens. To było jak cios nożem prosto w moje przed chwilą uradowane serce. W
W tej chwili skonało z bólu.
-Niemożliwe... Dla... Dlaczego? - wyjąkałem ze łzami w oczach... - nie. byłem w stanie nic innego powiedzieć. Serce biło mi boleśnie. Nagle mój cały świat się zawalił. Mimo tego, że żyła, czułem wtedy jakby umarła. Nie było już sensu... Na nic... Wstałem zaciskając pięści wyszedłem z sali.
-Więc to dlatego nazywają miłość bólem... - mruknąłem sam do siebie.
Szedłem przez miasto. Nie byłem w stanie myśleć. Moja głowa pulsowała. To tak bolało... Ten ból stopniowo rozrywał mi serce. Ja chciałem jak najszybciej przestać żyć. Wiem, że to głupie, ale wtedy naprawdę tak się czułem. W dodatku w głowie zaczęło mi coraz bardziej pulsować, ból się zwiększał.
-Argh.!! - warknąłem. Byłem tak zdezorientowany, że nawet nie zorientowałem się, że bezmyślnie wpadłem pod pedzącego tira. Nie przeżyłem, umarłem... I umierając, zakończyłem swoje ludzkie życie i odrodziłem się jako wampir. Moje uśpione moce i wspomnienia odżyły. I to właśnie ten dzień wszystko zmienił...

Rozdział 12

Rozdział 12 "Już nic więcej nie potrzeba..."


-O co ci chodzi?! - krzyknęła rozwścieczona Nadia zatrzymując się.
-O nic... - powiedział Nathan obojętnie spoglądając na nią spode łba. Coś z nim było nie tak.
-Tak, jasne... Całą drogę nic nie powiedziałeś. Co dziwne, nie byłeś nawet trochę chamski ani ironiczny jak zazwyczaj!!! Wkurzasz mnie!!!
-Dlaczego? - spytał tylko patrząc w przestrzeń.
-Z tobą to jak z dzieckiem... - westchnęła.
-No cóż... - spóścił głowę w dół.
-To bardzo dziwne, bo wczoraj byłeś bardzo rozmowny! - uśmiechnęła się satysfakcjonująco, a Nathan odwrócił się gwałtownie i odszedł w stronę szkolnej bramy.
-CO SIĘ Z TOBĄ DZIEJE DO CHOLERY?! OKRES MASZ CZY CO?! - wydarła się nie wytrzymując, a kilka krzywych spojrzeń zbiegło się wokół niej. Dziewczyna usiadła na szkolnym murku. Zastanowiła się chwilę. O co chodzi? Dlaczego jest taki dziwny? Od wczoraj jest taki speszony i pomiędzy nimi wytworzył się taki dystans. Martwiła się, że Nathan nie będzie chciał już z nią rozmawiać.
"Nadio... Ja tak naprawdę od dawna Cię kocham... "
Te słowa obijały jej się o uszy... Czyżby się rozmyślił? A może wcale tak nie chciał powiedzieć i teraz żałuje... Być może powiedział tak pod wpływem emocji... Ale... Wcześniej ją pocałował, to nie był sen, cały czas zachowywał się jakby naprawdę ją kochał. A teraz jakby nie chciał mieć z nią nic wspólnego.  Rozmyślając dostrzegła Kastiela, który kierował się właśnie w stronę bramy.
-Ka..! - zaczęła, ale się powstrzymała. Wczoraj go wystawiła, nie chciała, ale tak wyszło. Musi mu to jakoś wyjaśnić... Spojrzała na jabłoń rozpościerającą się tuż za nią, poczuła jej słodką woń, zamknęła oczy delektując się chłodnymi powiewami wiatru. Nadal myślała o Nathanie. Wyglądał dzisiaj jak młody bóg, zresztą jak zawsze. Jego czarne opadające na oczy kosmyki włosów, włosy takie w nieładzie, czarne zamyślone oczy, czarny t-shirt... Zapamiętała wszystko. Poraz pierwszy poczuła przy nim taką dziwną barierę, był tak blisko niej, ale był taki odległy. Zawsze był poza jej zasięgiem...Zawsze był jej "snem". Przynajmniej tak myślała.
-Hej! - krzyknął miły dziewczęcy głos. Nadia obejrzała się w tył. To była dziewczyna z klasy Nathana, a jej brat właśnie szedł gdzieś z Kastielem.
-Hej... - odpowiedziała nieśmiało. Słabo ją znała. Była naprawdę bardzo ładna. Miała brązowe włosy i zielone, szmaragdowe oczy. Bardzo przypominała swojego brata.
-Raczej mnie nie pamiętasz. Jestem Ketsueki. Mów mi Sue. - uśmiechnęła się podając jej dłoń.
-Nadia... Miło mi.
-Mamy dzisiaj łączoną biologię, może usiądziemy razem?
-Okej... - zauważyła, że nowo poznana koleżanka była naprawdę miła. Chodziła razem z Nathanem do klasy. Może siedzieli razem w ławce... Napewno mu się spodobała...
Zaraz! Przecież skoro jej klasa i ich klasa mają łączone to... Nathan też tam będzie...
~~
-Gdzie Nathan? - spytała Nadia koleżanki.
-Nie mam pojęcia... Może nagłe wagary? Często tak robi. Dzisiaj jest jakiś dziwny. Nie da się z nim nawet normalnie porozmawiać...
-Ach tak? - Nadia zamyśliła się. Czyli on i Ketsueki dobrze się dogadują. Zaraz! Przecież ona chyba nie jest zazdrosna... Przez całą lekcję rozmawiała z Sue. Dziewczyna sprawiła, że jej humor chociaż trochę się poprawił. Była rozczarowana, że nie było Nathana. Może nie przyszedł, bo nie chciał na nią patrzeć. Dlaczego nagle stał się taki obcy?! Chwilę potem zadzwonił dzwonek. Nadia wyszła z klasy i powędrowała w stronę klatki schodowej. Spotkała Nathana idącego w przeciwną stronę. Poczuła jak jej serce zaczyna łomotać. Nogi miała jak z waty.
-H-hej..-odezwała się niepewnie.
-Hej.. - odpowiedział niemal nieusłyszalnie nawet nie patrząc na nią. Szybko ją minął, a ona stanęła jak wryta. Nie mogła już dłużej tego wytrzymać. Nie może jej tak traktować! Nie tak miało być... Postanowiła, że teraz to ona przejmie inicjatywę i to ona o niego zawalczy. Gwałtownie się odwróciła i zaczęła iść za nim szybkim krokiem. Była już blisko. On usłyszał jej kroki, bo się niepewnie odwrócił. Ona szła dalej równym, stanowczym krokiem, pełna determinacji. Jej serce przyspieszyło jeszcze bardziej. Była tuż przed nim, gdy niespodziewanie stając na palcach chwyciła mocno kołnierz jego bluzy pewnym gestem przyciągając go do siebie i złączyła ich spragnione wargi w namiętnym pocałunku. Chłopak był przez chwilę zszokowany tym gestem, ale chwilę potem bez wahania oddał pocałunek nie będąc jej dłużny. Ten pocałunek nie był taki jak poprzedni. Nie był delikatny, subtelny ani powolny. Ten pocałunek był dynamiczny, namiętny, pełen pasji. Chłopak wplótł swoje palce w jej blond włosy, a Nadia całując go nadal trzymała go za kołnierz bluzy. Ich spragnione siebie języki złączyły się w dynamicznym tańcu. Całowali się jeszcze przez jakąś chwilę, aż w końcu Nadia gwałtownie oderwała się od chłopaka patrząc na niego uporczywie czekając na jego reakcję. Nathan otworzył oczy oszołomiony. Jego usta drżały, a oczy wyrażały dzikość i pragnienie więcej. Dyszał ciężko. Nie odezwał się ani słowem. Patrzył na nią tylko namiętnym wzrokiem. Dziewczyna była zszokowana. Zrobiła to. Pocałowała go! Ona naprawdę to zrobiła! Nie mogła w to uwierzyć. Jej blade, delikatne policzki były w tej chwili przyozdobione intensywnymi rumieńcami.
-No powiedz coś.. - mruknęła dziewczyna.
-To... - zaczął nie wiedząc jak dobrać słowa.-Ty naprawdę jesteś odważna. - uśmiechnął się do niej szyderczo. - Żeby tak niespodziewanie całować napalonego wampira...
-To... Ja...-zaczęła zestresowana. Wiedziała... Nie podobało mu się. Na jej twarzy pojawiło się rozczarowanie.
-Wyluzuj. Tak na poważnie to... Jeżeli masz zamiar robić mi takie niespodzianki za każdym razem jak będę cię unikał to będę się na ciebie fochał codziennie... - w tej chwili przybliżył się do niej tak, że ich nosy się stykały. - Albo nawet kilka razy dziennie... - zamruczał jej do ucha. Dziewczyna była w szoku. Do tej pory nie wydobyła z siebie ani słowa.
-Uknułeś to?!
-Nie. Przysięgam. Naprawdę się tego nie spodziewałem. To... - zaczął uśmiechając się. - To było fajne. I przez ciebie mam motywację żeby cię zaskakiwać jeszcze bardziej.
-A tego też się nie spodziewałeś?! - w tej chwili uniosła swą dłoń, by go uderzyć, jednak on w mgnieniu oka chwycił jej dłoń w żelaznym uścisku zatrzymując ją i przyciągnął dziewczynę do siebie tak, że byli wtuleni w siebie. Spojrzał jej przenikliwe w oczy przybliżając swe usta do jej rozchylonych warg. Nie czekając na jej reakcje delikatnie ją pocałował. Trzymał ją mocno w ramionach, a ona wplotła palce w jego czarne włosy. Nathan był taki szczęśliwy. Po prostu jego szczęścia nie dało się opisać słowami. Kończąc subtelny pocałunek oparł swoje czoło o jej i słodko się do niej uśmiechnął. Ona zrobiła to samo. Następnie przytulił ją do siebie i wyszeptał jej do ucha:
-Może przez moje zachowanie trudno ci w to uwierzyć, ale... Kocham Cię!
-Chyba Ci wierzę. Ale... Dlaczego mnie unikałeś? - roześmiała się. Chłopak się speszył.
-Ja cię wcale nie unikałem...
-Mhm...
-Ja po prostu wczoraj za dużo powiedziałem i nie chciałem się pokazywać tobie... - spóścił głowę w dół.
-Bo... Mo bo... - Nathan za wszelką cenę unikał jej wzroku. - Bo nie i tyle!
-Naprawdę? - zaczęła promiennie się do niego uśmiechając. - Jesteś taaaaki słodziutki! - zaczęła michrać mu włosy, a on spojrzał na nią mordeczym wzrokiem.
-A ty jesteś taaaaakaaa... Niska!
-To nie ja jestem niska, to po prostu ty jesteś taki wysoki!- krzyknęła na niego udawając wzburzenie. Obydwoje uwielbiali się droczyć. Nathan kolejny raz się uśmiechnął.
-Do twarzy ci z uśmiechem. Szkoda, że robisz to tak rzadko. - złapała go za dłonie, a on spojrzał się na nią lekko zdziwiony. Jej słowa sprawiły, że jego serce ponownie drgnęło. Ona po prostu chciała, by się uśmiechnął, a on przy niej uśmiechał się coraz częściej, tak, że stało się to dla niego normalną czynnością. Ona przedtem także rzadko się uśmiechała... Niby była inna i obydwoje różnili się pod wieloma względami, ale... W głębi serca oboje byli tacy sami i Nathan dopiero przed chwilą to sobie uświadomił.
-Dobra, ja idę do Sue. Miałam z nią o czymś pogadać, naprawdę polubiłam tą dziewczynę. Więc... - już odchodziła w przeciwną stronę gdy Nathan złapał ją za dłoń przyciągając dziewczynę do ściany i stając przed nią nie pozwalając jej odejść.
-Ale... Ja naprawdę zaraz muszę iść. - powiedziała nie powstrzymując się od śmiechu.
-Ale ja ci nie pozwolę... ;*
-No więc trudno... O co chodzi? - spytała się go znowu się uśmiechając. On także się uśmiechnął.
-Mam pytanie... - zawahał się przez chwilę. Zamyślony spojrzał na ścianę. - Chciałbym Cię przedstawić mojemu bratu...
-No dobra. - spojrzała na niego trochę dziwnym wzrokiem.
-I... Jeszcze ja... - nie potrafił wypowiedzieć już ani słowa. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego.
-No co ty. Kurdę oświadczasz się czy co?!
-No coś w tym stylu...
-No dobra... Teraz to mnie zgasiłeś.
-Czy nie chciałabyś może dzisiaj po szkole przyjść do do mnie? Nie ma Jasona, więc będziemy sami...
-Nie ma sprawy, więc jesteśmy umówieni. - uśmiechnęła się słodko.
-I jeszcze na początku wakacji razem z moim bratem i jego dziewczyną i jeszcze z dwoma przyjaciółmi organizujemy wyjazd do Atlanty na kilka dni. Chciałabyś pojechać z nami? - spytał intensywnie patrząc jej w oczy.
-Ja... To znaczy nie wiem, bo... Ty z tym tak nagle i... - zaczęła trochę zszokowana propozycją.
-Pomyliłem się. Chciałem powiedzieć, że już wszystko jest zaplanowane i ty stanowczo jedziesz z nami. - uśmiechnął się do niej szyderczo.
-O! - tu jesteście gołąbeczki! - Ketsueki klasnęła w dłonie. - Wiecie, że już dawno jest po dzwonku? - spytała śmiejąc się, a Nathan i Nadia spojrzeli po sobie.
-Serio?! - krzyknęli chórem.
-Jaka zgodność... - dziewczyna się roześmiała, a Nathan z Nadią poszli za nią i wszyscy razem powędrowali do klasy...
~
No i koniec...  XD jak widzicie dodałam muzykę, żeby umilić czas. teraz jak narazie nie będzie już takiej akcji jak wcześniej. Będzie to taka miłosna sielanka, aż w końcu się zeżygacie.. :D
Niedługo kolejny rozdział xD. A co do tych wspólnych wakacji bohaterów to nwm czy to będzie akurat Atlanta, bo mogę zmienić zdanie i wymyślić dla nich jakieś inne miejsce.. :) Atlanta.. Akurat dlatego, że wcześniej wpadłam na pomysł, że tam wcześniej mieszkali, przed wypadkiem, a potem obydwoje się przeprowadzili się do Londynu. O Londynie wiem dosyć sporo, bo tam byłam, ale co do Atlanty... Niestety nwm nic xD, więc może bohaterowie przypadkiem pojadą do Polski i przypadkiem zatrzymają się we wsi, w której mieszkam - PTB (tak, wiem, że to jest miasto, ale dla mnie to wieś ;--;)  to tyle i pozdrawiam. A na kolejny rozdział trzeba trochę poczekać, bo muszę wymyślić opis miejsca, a to nie będzie zbyt łatwe :/ A wieczorem na blogu pojawi się.... NOESPODZIANKA!!!! :D

sobota, 20 września 2014

Rozdział 11

Rozdział 11 "Znowu Cię opuszczę... Przepraszam..."

-Och, poważnie... Znalazłbyś sobie dziewczynę... - powiedziała Ketsueki patrząc z kpiną na brata, który był rozwalony na kanapie z twarzą zwróconą ku górze. Jego brązowe, przydługawe włosy prawie całkowicie zasłoniły jego szmaragdowe, zamyślone oczy. Jego blada skóra wydawała się lśnić w świetle białego żyrandola, jego kości policzkowe były obnażone, wydawały się być trochę ciemniejsze niż jego cera. Lysander leżał zamyślony, bawiąc się guzikiem z jego do połowy odpiętej białej koszuli. Wyglądał jak anioł, inaczej nie dało się go opisać.
- Wiesz... Nadia by się nadawała. - spojrzał przelotnie na siostrę, która zesztywniała.
-No nie gadaj. Raz w życiu ją widziałeś... No błagam, czemu ta dziewczyna jest taka wyjątkowa do cholery, najpierw Jason, potem Nathan, teraz jeszcze ty... - powiedziała znudzona. Jej brat nadal patrzył się w sufit.
-Ty chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że nie mówiłem tego poważnie... Dziewczyna... Po co mi dziewczyna?! Wystarczy mi, że mam ciebie. - spojrzał na nią ciepłym wzrokiem, a ona odwzajwmniła uśmiechem.
-Wiesz, że Richard wraca... - zaczął twardo patrzeć w jej twarz. Wstał i usiadł tuż przed nią na krześle. Jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił, gdy wypowiadał to imie. Jego oczy wyrażały lekką obawę i strach. Siostra nagle spojrzała na niego z przestrachem jak gdyby nagle coś sobie uświadomiła. Coś strasznego...
-Lysander.... - zaczęła otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.
-Tak? - spytał poważnie.
-Bo... No bo...
-No wyduś to z siebie! - ponaglił siostrę.
-Może ty... Wolisz chłopców?! - spojrzała z przestrachem. Lysander przybrał pokerowy wyraz twarzy. Zaczął się na nią gapić jak na idiotkę.
-Ty... - zaczął wkurzony. - Ty... Czy ty na serio to powiedziałaś?! - Był zszokowany, że jego siostra nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Czyżby nie znała znaczeń słów: "Powrót Richarda"?! Już samo jego imię powinno spowodować u niej drżenie, dlatego Lysander patrzył teraz na nią tępym wzrokiem po prostu nie wiedząc jak się zachować.
-Richard wraca... - zaczął spokojnie patrząc w dół. - CZY TY WIESZ CO TO  ZNACZY DO KURWY NĘDZY?!?! - złapał ją za ramiona mocno nią potrząsając. Teraz nie potrafił się opanować.
-Że...Jesteś gejem? - roześmiała się.
-Sue... - spuścił głowę w dół chwytając ramię dziewczyny. - Dlaczego się śmiejesz?
-Lys... Nie mówisz poważnie. Myślisz, że się na to nabiorę? To niemożliwe żeby Richard powrócił, przecież on... Nie żyje.
-Ja mówię poważnie... - uniósł głowę uporczywie patrząc jej w oczy. - Powinniśmy stąd uciekać!
-Przestań. Przecież wiesz dlaczego się tu przeprowadziliśmy... Mieliśmy zacząć wszystko od nowa, mieliśmy starać się żyć jak normalni ludzie. Już nie jesteśmy sługami Mirandy, jesteśmy wolni... Skąd wiesz o tym niby "powrocie Richarda"?
-Słyszałem... Słyszałem, że powróci, by pomścić Mirandę...
-Bzdury... A nawet jeśli to nie masz z tym nic wspólnego. - powiedziała Ketsueki obejmując brata. - Doskonale wiem co czujesz...
-Dobrze, że ta wredna suka jakoś zdechła... Jeden problem z głowy.
-Nie mów tak o niej... - Powiedziała patrząc na niego uporczywie nagle przestając go przytulać.
-Dlaczego?! - spytał zszokowany. - Wreszcie jesteśmy wolni...
-Być może i była zła, mamy prawo ją nienawidzić, ale... Nawet nie wiesz co czuła przez wszystkie lata. - odrzekła smutno.
-A kogo to do cholery obchodzi?!

~~

-Nathan? - szepnęła Nadia drżącym, pełnym obawy głosem klękając przy nim. Dziewczyna miała szeroko otwarte oczy ze zdziwienia. Dotknęła jego ramienia, jej usta drżały, serce biło ze strachu. Nie wiedziała co o tym myśleć, nie miała pojęcia co się z nim dzieje.
-Nathan, o co chodzi? - patrzyła na niego zatroskanym wzrokiem. Nathan leżał na ziemii stękając z bólu. Niestety nadeszła ta chwila, której tak bardzo się obawiał. Tak bardzo nie chciał by do tego doszło, chociaż dobrze wiedział, że wkrótce to i tak się wydarzy. Dobrze wiedział, że wkrótce jego życie niestety dobiegnie końca.
-Wiesz... Widocznie od początku to było moim przeznaczeniem... - uśmiechnął się do niej słabo. Mimo tego, że był już blisko swej okrutnej śmierci nie przestawał się do niej uśmiechać. Mimo tego, że miał świadomość tego, że zniknie, że już nigdy jej nie zobaczy, w ostatnich chwilach życia się do niej uśmiechał.
-O czym ty mówisz?! - spojrzała w jego słabe, piękne oczy pełne uczuć, pozytywnych uczuć, mimo tego, że umierał, był szczęśliwy... Chociaż trochę szczęśliwy. Szczęśliwy, że mógł ją poraz drugi poznać, znów się w niej zakochać, ponownie przeżyć to co przeżył wcześniej i niestety musiał ponownie ją opuścić, choć przeżywał to już drugi raz, bolało tak samo, jeśli nie bardziej...
-NATHAN!!! - krzyknęła wykorzystując swoje wszystkie siły, włożyła w ten krzyk wszystkie swoje uczucia. Nie miała pojęcia co się dzieje, ale jednak zorientowała się, że zaczyna go tracić. Patrzyła na niego oczyma pełnymi przerażenia potrząsając nim. Z jego pięknych, czarnych oczu spłynęła łza, Nadia była zszokowana.
-Przepraszam... Przepraszam, że Ci nie powiedziałem. - szepnął słabo podnosząc się. Teraz siedział tuż naprzeciw niej.
-Wspomniałeś, że... Zostało ci niewiele czasu. Czy... Czy ty umrzesz?! - spytała drżącym głosem ze strachem patrząc mu w oczy. On tylko uśmiechnął się słabo. Znowu się uśmiechał, jego oczy były takie... Pełne ciepła. Dlaczego? Dlaczego tak się zachowywał mimo tego, że umierał?!
-Znowu Cię opuszczę... Przepraszam. - mówił cicho i powoli, jakby ważył każde słowo. Jego aksamitny głos był taki łagodny i spokojny. Nadia przypomniała sobie jego słowa. "One były błękitne, jak skrawek nieba. Zupełnie tak jakbyś była aniołem..." Już kiedyś słyszała te słowa, już kiedyś widziała te czarne oczy, słyszała ten aksamitny głos... Była pewna, że wcześniej go znała, jednak nic nie pamiętała.
-Nathan... Czy my spotkaliśmy się już kiedyś? Przed moim wypadkiem, o którym ci kiedyś mówiłam? - uporczywie patrzyła mu w oczy, nic nie byłoby w stanie opisać tego co właśnie czuła. Czuła jakby wreszcie jej serce odnalazło coś czego od zawsze szukało, czuła się jakby odnalazła osobę za którą cały czas tęskniła, po prostu czuła jak pustka w jej sercu nagle zaczęła się wypełniać. Dlaczego?
-Może... - odrzekł aksamitnym tonem. - Wiesz... Już czas żebym ci coś powiedział, żebym powiedział ci prawdę o mnie, prawdę o tym kim naprawdę jestem, bo... Pozostało mi niewiele czasu...
-Nathan... - szepnęła powstrzymując łzy. Jej serce biło boleśnie, usta drżały.
-Nadio... Jestem jednym z niewielu potężnych wampirów. Jestem pierwotnym... - odrzekł poważnie, uważnie obserwując jej reakcję. Nadia nie wiedziała co powiedzieć. Pierwotny... Czyli Nathan był jednym z pierwszych wampirów na ziemii. Jednym z najsilniejszych i najstarszych...
-Jak to? - jej głos drżał, dziewczyna ledwie panowała nad emocjami.
-Ja... Jestem synem pierwszego wampira na ziemii, zrodzonym, a nie stworzonym wampirem, i jedynym na ziemii urodzonym wampirem... Jestem synem pierwotnej wampirzycy Mirandy. Posiadam największą moc, jestem wyjątkowym gatunkiem wampira, jednak muszę za to zapłacić wysoką cenę...
-Ale... Jak to możliwe?! Przecież... Byłeś człowiekiem, a wampirem jesteś od niedawna. To niemożliwe żebyś był pierwotnym!!! - krzyknęła przejęta. Nic z tego nie rozumiała.
-To długa historia... - odrzekł przenikliwie patrząc jej w oczy, uniósł ramiona i położył jej dłonie na ramionach. Ponownie się uśmiechnął. - Gdy się urodziłem, żyłem kilka lat z Mirandą. Jednak potem ona wymazała mi wspomnienia i zapieczętowała moją magię. Mój wampiryzm był uśpiony, dlatego byłem człowiekiem. W wieku sześciu lat trafiłem do innej rodziny wraz z moim bratem, Jasonem i obydwoje tam się wychowywaliśmy.
-Rozumiem... Ale, nie rozumiem dlaczego ty teraz...
-Nadia... Ja.. Umrę. Takie jest przeznaczenie urodzonego wampira. Taka moc jest nielegalna, nie powinno jej być, dlatego muszę zostać unicestwiony..
-Nie mów tak! - krzyknęła. - Ty musisz żyć, rozumiesz?! Musisz być przy mnie! O czym ty mówisz?!
-Miranda niedawno umarła, a wraz z nią powoli zaczyna ginąć klan wampirów pochodzących od niej. Powoli opadają z sił, są coraz słabsi, aż w końcu znikają. To samo stanie się ze mną. Po prostu zniknę. Przepraszam... - Chłopak ostatkami sił usiadł naprzeciw niej chwycąc ją za ramiona i patrzył jej uporczywie w oczy. Jego piękne spojrzenie było takie inne, pełne ciepła i spokoju... Sprawiło, że po delikatnym policzku dziewczyny spłynęła łza. Nadia zaczęła płakać nie panując nad emocjami. Nathan przytulił ją delikatnie. Jego dłonie drżały.
-Po tym jak Cię pierwszy raz straciłem, wtedy... Przez tamten wypadek, ja... Przebudziły się moje moce, wspomnienia powróciły i nie potrafiłem tak żyć. Przez całe życie modliłem się o śmierć, żeby tylko zapomnieć o stracie, całe życie czekałem na to, aż w końcu umrę... A teraz nadszedł ten moment, a ja... Wcale nie chcę umrzeć, chcę żyć, tak bardzo chcę znów żyć obok ciebie, dopiero teraz to zrozumiałem, wiesz? Zabawne to trochę... - uśmiechnął się, a z jego błyszczącego, czarnego oka spłynęła łza. Nadia cały czas płakała. Patrzyła na niego, a z jej oczu co chwilę wypływały kolejne łzy. Uświadomiła sobie, że nie chce pozwolić mu odejść, że Nathan na to nie zasługuje, powinien żyć razem z nią... Cały czas być obok niej...
-Czyli jednak już się kiedyś spotkaliśmy, stąd to dziwne uczucie...
-Nie płacz... - szepnął czule delikatnie przesuwając swoje chłodne palce po jej białym, gładkim policzku. Opuszkami palców przejechawszy po jej aksamitnej szyi chwycił kosmyk jej jasnych włosów pomiędzy dwa palce i zaczął się nim bawić. Spojrzał na nią jakby próbował sobie na zawsze wyryć w pamięci tą piękną twarz. Nadia objęła go mocno, a on trochę zszokowany tym gestem jak i również ucieszony położył swe dłonie na jej plecach.
-Po prostu chciałem byś mnie znienawidziła... Żebyś nie cierpiała po moim odejściu. Tylko tego chciałem... - szepnął drżącym głosem.
-No to ci się nie udało. Nawet gdybym chciała Cię znienawidzić, nie potrafiłabym, bo przecież ja cię... - Spłonęła rumieńcem i nagle nie wiedząc czemu nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. "Co ja mu do cholery chciałam powiedzieć?! " zapytała samej siebie w myślach.
-Nathan... Ty przeżyjesz, bo ja... - i znów to samo. Dziewczyna zaciśnęła pięści na swojej spódniczce i spościła głowę w dół. -Ja cię ko... - Nie dokończyła, ponieważ nagle tuż przed nimi pojawiła się tajemnicza postać ubrana cała na czarno, w czarnym kapturze zasłaniającym jej twarz. Nathan zwracając swą twarz do góry uśmiechnął się szyderczo.
-Co? Przyszłaś ponabijać się z poszkodowanego? - spytał sarkastycznie.
-Co ty wyprawiasz do cholery?! - postać wrzasnęła na niego. Nadia była zszokowana. Wywnioskowała, że jest to dziewczyna. Jej głos był taki stanowczy i jednocześnie dziwnie znajomy.
-Wstawaj! Nie wygłupiaj się! - Nathan tylko na nią spojrzał smutnym wzrokiem.
-Jak widzisz jestem na skraju życia i nie jestem w stanie z Tobą walczyć...
-Idiota!!! - krzyknęła wytrącona z równowagi trącąc go nogą.
-Pewnie się cieszysz, bo sama chciałaś mnie zabić...
-Jaki ty jesteś tępy... - westchnęła zniecierpliwiona. - Nie chcę z Tobą walczyć, rozumiesz?! Jak mamy walczyć to masz być pełny sił, jak równy z równym! - krzyknęła kucając przy nim. - Może jakieś ostatnie słowa? - dodała po chwili.
-No... Masz rację... - szepnął Nathan i chwycił Nadię za dłoń. - Proszę Cię, opiekuj się Nadią...
-Coś jeszcze? - ponagliła.
-Kim jesteś? - spytała zdezorientowana Nadia patrząc na tajemniczą dziewczynę.                    -To nie jest ważne... - szepnęła oschłym głosem.
-Nathan, powiedz jej to co masz do powiedzenia... - Nathan chwycił Nadię mocno za dłoń.
-Dobra, powiem Ci... I tak zaraz umrę...
-Nie mów tak!
-Nadio... Ja tak naprawdę od dawna Cię kocham... - odrzekł przenikliwie patrząc jej w oczy. Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy i płacząc objęła go mocno.
-Ja też Cię Kocham, Nathan! Dlatego nie możesz mnie opuścić...
-Dobra, już dam Ci spokój... - rzekła tajemnicza dziewczyna rzucając w stronę Nathana mały, kryształowy flakonik ze szlarłatnym płynem w środku.
-Co to? - spytał zdziwiony łapiąc podarek w ostatniej chwili.
-Krew twojej matki, czyli antidotum...
-Co?! - krzyknęła Nadia z nadzieją.
-Jeśli to wypijesz dalej będziesz żył. Krew pierwotnego wampira to antidotum, w którym jest zaklęcie na odwrócenie klątwy śmierci...
-Ale jak ty to... Poza tym dlaczego mi to dajesz? - spytał zaciekawiony i zdezorientowany.
-To prezent. W końcu to tobie zawdzięczam nieśmiertelność... - uśmiechnęła się do niego. - naprawdę spodobało mi się bycie wampirem.
-Dziękuję Ci! - krzyknęła uradowana Nadia patrząc na tajemniczą dziewczynę.               -Nathan... Wystarczy, że to tylko wypijesz!
-Okej... - powiedział, po czym spoglądając jej śmiało w oczy usiadł obok niej i uniósł buteleczkę w stronę swoich rozedrganych ust.
-A więc jest szansa, że jeszcze trochę pożyję... - uśmiechnął się słabo. Nadia przytuliła go delikatnie płacząc. On tylko lekko otworzył usta ze zdziwienia, był zszokowany tym gestem. Był pewien, że jego serce zaczyna przyspieszać, chociaż był również świadomy tego, że u wampirów tak się nie dzieje. Był szczęśliwy... Chciał żyć, chciał się wiele od niej nauczyć, móc być pozornie człowiekiem... Tyle rzeczy chciał z nią zrobić, tyle go tu trzymało. Chciał pokazać jej świat, wyjechać gdzieś, spędzać z nią całe dnie, sprawić, by sobie przypomniała... Chciał także wkrótce się jej oświadczyć...
-Być może... Skoro jest sposób bym przeżył, napewno jest jakiś sposób byś sobie przypomniała... - uśmiechnął się szeroko. - Jestem tego pewien, zrobię wszystko, byś sobie przypomniała... - w tej chwili połknął szybko szkarłatny płyn pozwalając, by antidotum rozlało mu się w gardle kojąc je. Czy zadziałało? Niewiadomo... Ponieważ w tej chwili Nathan poczuł ból w całym ciele i opadł bezsilny na ziemię...

~~
To na tyle.. ;3 i jak zwykle kończę w "takich" momentach. Ale ze mnie sadystka... Tak torturuję tego Nathanka :( jestem zła... :/ ale przynajmniej naprawiłam =D No.. Tak w pewnym sensie naprawiłam.. :// no nieważne. Kolejny rozdział powinien być niedługo, nwm konkretnie kiedy, ale będzie troszeczkę zaskakujący xD papatki :*

wtorek, 9 września 2014

Rozdział specjalny

Rozdział specjalny.

~Dzień przed wypadkiem...

-Dlaczego tak bardzo lubisz patrzeć w gwiazdy? - spytał zaciekawiony. Obydwoje leżeli razem na środku jakiejś polanki, był śliczny wieczór. To było jeszcze wtedy, kiedy obydwoje mieszkali w Atlancie. Wtedy, kiedy jeszcze obydwoje byli inni, zanim ten okropny wypadek ich rozdzielił. Wtedy gwiazdy wydawały się być takie piękne. Wszystko wydawało się piękniejsze... Ale rozgwieżdżone niebo w szególności. Gwiazdy lśniły, iskrzyły się, tańcowały niczym małe ogniki na niebie. A było ich wtedy mnóstwo. Zupełnie tak jakby wszystkie gwiazdy, całej galaktyki zebrały się nad niebem, by spoglądać na tą delikatną, wrażliwą dziewczynę i młodego, szlachetnego chłopca. Wtedy właśnie ta cicha, niepozorna dziewczyna zaintrygowała tego porywczego chłopaka. Byli zupełnym przeciwieństwem. On był utalentowany, lubiany w klasie, podziwiany przez uczniów, mówiono na niego, że był idealny. Ciągle się uśmiechał. A ona była taka cicha, krucha jak aniołek, taka inna...
-Dlaczego? - ponagliła.- bo są piękne. A ty tak nie uważasz? - spytała się do leżącego obok niej chłopaka. Twarz miał zwróconą do góry w stronę gwiazd. Był zamyślony.
-Szczerze mówiąc to sam nie wiem. Gwiazdy to nic nadzwyczajnego. Są ładne, ale bez przesady. Dla mnie są zwyczajne...
-Bo nie potrafisz dostrzec ich głębszego piękna... Gwiazdy są piękne tylko dla tych, którzy potrafią na nie patrzeć. Ja uwielbiam patrzeć w gwiazdy, bo przypominają mi... Ciebie... - Dziewczyna zawstydziła się, a Nathan gwałtownie się odwrócił w jej stronę.
-Co powiedziałaś?! Naprawdę?! Dlaczego?! - rzekł podekscytowany. Był teraz szczęśliwy jak głupie dziecko. Dziewczyna zaśmiała się cichutko i skryła twarz w dłoniach zawstydzona.
-Proszę, nie każ mi tego powtarzać, to takie... Zawstydzające. - Nathan objął ją ramieniem, a ona cała zesztywniała.
-Wyluzuj... To normalne. Przecież jesteśmy parą. - Uśmiechnął się do niej szeroko. Nadia miała szeroko otwarte oczy ze zdziwienia. Jego uśmiech sprawiał, że miała motylki w brzuchu i zawsze zaczynała przez chwilę zapominać o wszystkim.
-Jesteśmy? - spytała niepewnie. A Nathan wytrzeszczył na nią oczy z oburzeniem.
-No a nie?! No oczywiście, że jesteśmy! No chyba, że mnie nie chcesz... - spojrzał na nią wpijając swoje oczy uporczywie w jej śliczne niczym drobne kryształki oczy. Tak bardzo lubił na nie patrzeć. Tak bardzo zakochał się w tej dziewczynie, że nie mógł dopuścić do tego, żeby ona go nie kochała. Mimo to, że byli przeciwieństwami, byli idealnie do siebie dopasowani. Obydwoje w głębi serca to czuli. Dopełniali siebie nawzajem. Ona uczyła go wewnętrznego piękna i dogłębnych znaczeń, a on uczył ją być silniejszą, dlatego w swoim drugim życiu stali się kompletnie inni.
-To nie tak! - zaprotestowała gwałtownie. Nathan uśmiechnął się z ulgą. - Chodzi o to czy ty mnie... Chcesz? - zapytała jeszcze bardziej zawstydzona niż wcześniej. Bała się odpowiedzi. Nathan przybrał trochę zdziwiony wyraz twarzy, a ona spuściła głowę w dół. Trwali chwilę w ciszy, aż w końcu chłopak mocno ją przytulił. Dziewczyna nagle otworzyła oczy, z których od razu wypłynęły łzy.
-Czy taka odpowiedź ci wystarczy? - spytał nie przestając jej przytulać. Nadia była zaskoczona tym gestem, ten chłopak ciągle ją zaskakiwał. On ją przytulał mocno, a jej ramiona były opuszone w dół, aż w końcu podniosła je, by go delikatnie objąć. To chyba nic dziwnego, przecież są parą, więc może sobie pozwolić chociaż go przytulić.
-Wiesz... -  zaczął niepewnie przestając ją przytulać patrząc na jej śliczną twarz. Zaraz potem speszył się i zaczął patrzeć w dół. Rzadko tak miał, zazwyczaj uporczywie patrzył jej w oczy, a to ona była zawstydzona. W tej chwili było inaczej.
-Chyba zacząłem rozumieć to wewnętrzne piękno gwiazd. Gdy jestem bliżej ciebie, one stają się piękniejsze. Tak samo jak teraz. A gdy na nie teraz patrzę, przypominasz mi się ty... Czyli gwiazdy przypominają nam o rzeczach dla nas wspaniałych, o osobach za którymi tęsknimy lub które kochamy. W takim razie muszę Cię strasznie kochać, co nie? - odwrócił się w jej stronę z uśmiechem i zobaczył, że płacze. Serce go od razu zakuło, uśmiech z jego twarzy gwałtownie zniknął.
-Dlaczego płaczesz?
-Ja... Ja po prostu... Twoje słowa sprawiły, że zachciało mi się płakać... - powiedziała przez łzy.
-Czy ja powiedziałem coś nie tak?
-Nie... To łzy szczęścia.
-Ach, tak? - ucieszył się. - To znaczy, że Ty też już mnie kochasz?
-Chyba tak... - odpowiedziała nieśmiało.
-Cieszę się... - odetchnął z ulgą, po czym znów położył się na trawie oglądając gwiazdy. Ona zrobiła to samo.
-Czyli od dzisiaj już tak oficjalnie, bez żadnych wątpliwości jesteśmy parą?-spytał podekscytowany.
-No... - odpowiedziała uśmiechając się.
-Wiesz... Jeśli kiedykolwiek życie nas rozdzieli obiecuję, że zawsze będę patrzył w gwiazdy.
-Dlaczego? - spytała zdziwiona.
-Żeby czuć, że jesteś blisko... - odpowiedział. Teraz to ona uczyła się od niego dogłębnych znaczeń.
-Ja też, ale jestem pewna, że nic nas nie rozdzieli... - powiedziała z uczuciem, uporczywie patrząc w niebo. - Czyli uważasz już, że gwiazdy są piękne? - spytała po chwili. Chłopak złapał ją za dłoń. Znowu zesztywniała.
-Nadia. Przecież jesteśmy parą, to normalne u par... - powiedział trochę znudzony.
-Wiem, ale... Za każdym razem jak tak robisz ogarnia mnie dziwne uczucie...
-Więc kiedy cię w końcu pocałuję ty... Zemdlejesz?-zaśmiał się, a ona zesztywniała jeszcze bardziej, a jej serce zaczęło bić coraz szybciej i coraz mocniej.
-Najprawdopodobniej... - rozluźniła się i uśmiechnęła. Nastąpiła chwila ciszy.
-Tak... - odrzekł aksamitnym głosem po chwili namysłu. - Tak, uświadomiłem sobie, że gwiazdy naprawdę są piękne, ale jest coś piękniejszego, na co wolę patrzeć, i to jest piękniejsze niż gwiazdy. -Uśmiechnął się delikatnie na samo wspomnienie o tym.
-Co to takiego? - spytała zaciekawiona odwracając się w prawą stronę tam gdzie leżał. On w tym samym czasie się odwrócił. Zaczął przenikliwie patrzeć w jej oczy, ona tylko się uśmiechnęła.
-To Twoje oczy...One są błękitne... Jak skrawek nieba, zupełnie tak jakbyś była aniołem... - powiedział, po czym z zadziwem patrząc jej w oczy pogłaskał ją po policzku. Nadia otworzyła oczy szerzej.
"One są błękitne... Jak skrawek nieba, zupełnie tak jakbyś była aniołem... "
Była pewna, że te piękne słowa zapadną jej w pamięci na zawsze...