Rozdział specjalny..
Dzień, w którym zdarzył się wypadek..
Dzień, który odmienił ich życie..
" Próbujesz sobie przypomnieć, kiedy to wszystko się zaczęło.
A zaczęło się wcześniej niż Tobie się wydaje.. o wiele wcześniej.
Wtedy zaczynasz rozumieć, że nic nie dzieje się dwa razy. Już nigdy nie poczujesz się tak samo, nigdy nie wzniesiesz się trzy metry nad niebem."
13 lipca, 2010 rok, godzina 09:30
-Więc jesteś gotowa? - spytał podekscytowany chłopak spoglądając na dziewczynę, która właśnie zakładała buty.
-Teraz tak. - zbiegła ze schodów spinając swoje długie jasne włosy w wygodną kitkę. Na prawym ramieniu miała zawieszony czerwony plecak, na sobie miała wygodny dres. Będąc tuż przed nim potknęła się i tracąc równowagę upadła, jednak nic się nie stało dzięki niesamowitemu refleksowi jej chłopaka. Nathan zdążył złapać ją i zapobiec wypadkowi. Przycisnął ją mocno do siebie, był spięty. Trzymał ją jeszcze przez chwilę w ramionach.
-Co ty... - roześmiała się. - Wyluzuj. No bez przesady. Wiem, że jestem niezdarna, ale kurdę to był praktycznie ostatni schodek. Ostatecznie mogłabym się skaleczyć podczas skoku! Głuptas! - szturchnęła go w ramię, a Nathan wreszcie się rozluźnił.
-Może i masz rację, ale jakoś tak dzisiaj mam przeczucie, że coś się stanie. Proszę Cię, uważaj dzisiaj na siebie... - spojrzał jej intensywnie w oczy.
-Niby co ma się stać?! - spojrzała na niego rozbawiona. - A teraz chodźmy, bo już po prostu nie mogę wytrzymać z podekscytowania! - pociągnęła go za rękę i poszła szybkim krokiem w stronę korytarza.
-Uważajcie na siebie, gołąbki! - Krzyknęła mama Nadii żegnając młodych z kuchni. Nathan uśmiechnął się. - Tylko Nadia, proszę cię nie wpadnij! - Nathan uśmiechnął się jeszcze szerzej i się zaczerwienił. Nadia zrobiła wytrzeszcz oczu.
-MAMO!!!
-Do stawu oczywiście.-powiedziała roześmiana.
-A ty się tak nie szczerz tylko chodź! - pociągnęła chłopaka za sobą. Wreszcie wyszli z domu. Nadia odetchnęła z ulgą.
-Gdybyśmy zostali tam dłużej, zaczęłaby nam robić wykład o antykoncepcji.
-Myślisz? - spojrzał na nią spode łba.
-Ja nie myślę! Ja to wiem... A tak poza tym to zluzuj, bo jak będziesz taki spięty to nie powiem co mnie strzeli.
-No dobra postaram się...-uśmiechnął się do niej.
-To nasza pierwsza randka, na takiej nic złego nie ma prawa się wydarzyć. - uśmiechnęła się do niego szeroko, on zrobił to samo.
-Tylko nie wpadnij! - roześmiał się.
-Ja cię zabiję! - krzyknęła szturchając go.
- Do stawu oczywiście...
-Dobrze, obiecuję, że nie wpadnę do żadnego stawu, ale błagam już się zakmnij! - obydwoje spojrzeli po sobie i się roześmiali.
Idąc z nią krok w krok Nathan chwycił ją za dłoń i resztę drogi przeszli trzymając się razem za dłonie, podziwiając piękne amerykańskie miasto w stanie Georgia, jakim była Atlanta.
Godzina 10:11
-Wreszcie jesteśmy! - krzyknęła uradowana dziewczyna patrząc na rozłożystą polankę i rozpościerające się tuż przed nią strome pagórki.
-No nieźle! - podszedłszy do dziewczyny chwycił ją delikatnie w talii podziwiając widok. - wyobrażałem je sobie dużo niższe!
-To co? Zaczynamy? - spytała trzęsąc się z podekscytowania.
-No dobra, tylko jeszcze raz sprawdzę linę...
~~
Godzina 10:55
-Jak pięknie
-Nie wychylaj się! - krzyknął Nathan patrząc na nią z góry.
-Wyluzuj. Nic mi się nie stanie, jestem nisko.
"Ale to się zmieni." Pomyślała i uśmiechnęła się szyderczo.
-Rzeczywiście ładne to miejsce. - powiedział wychyliwszy się podziwiając rozpościerające się drzewa. Uśmiechnął się. Nadia patrzyła na niego z dołu. Wyglądał jak młody bóg. Jego uśmiech był zniewalający. Pomyślała, że nie będzie od niego gorsza.
-Spójrz na mnie! - krzyknęła puszczając się liny gdy się odwrócił. Jego twarz natychmiast się zmieniła, uśmiech zniknął, a na jego miejscu pojawił się strach.
-Nadia!!! - krzyknął przejęty.
-Nic mi się nie stało bałwanie!
-Proszę Cię... Nie rób tak! - szepnął zmartwiony. Nadia była w szoku. Nie chciała, by tak się czuł. Ona po prostu chciała mu udowodnić, że niepotrzebnie się martwi, że mimo wszystko nic nie może się stać. Chciała go tylko uspokoić, a on i tak bardzo się martwił. Wzruszyła się, był taki kochany i taki niesamowity. Tak bardzo go kochała i nigdy nie chciała go stracić.
-Przepraszam...
-Uff... - roześmiał się nerwowo i odgarniając włosy w tył westchnął ciężko. - trochę tu wysoko, więc nie zrozum źle tego, że się martwię... - spojrzał na nią czule.
-Okej, będę uważała. Wspinajmy się dalej.
Nathan wspinał się coraz wyżej oglądając się co jakiś czas w dół, by móc spojrzeć na swoją dziewczynę. Nadia także nieźle sobie radziła, ale była cały czas tuż pod nim. Chciała być choć trochę wyżej, by móc go zaskoczyć, żeby mógł patrzeć na nią z dołu.
-Podoba Ci się? - spytał Nathan patrząc w dół ma oddaloną od niego o jakieś dwa metry Nadię.
-Tak, jest fajnie, ale musisz się pogodzić z tym, że za chwilę będę wyżej!
-Nadia, proszę cię, uważaj... - przestraszył się gdy dziewczyna gwałtownie przyspieszyła.
-Błagam cię... Zrobię wszystko, by cię chociaż raz prześcignąć.
-Przestań wykonywać gwałtowne ruchy! - Nathan wpadał w panikę patrząc jak Nadia szybko próbuje wspiąć się wyżej.
-NADIA, STOP!!! - krzyknął spanikowany patrząc jak dziewczyna ześlizgając się puszcza się skały.
-Aaaaaa!!! - krzyknęła z przestrachem wisząc w powietrzu. Lina się naprężyła.
-Nadia, proszę cię, złap się szybko jakiejś skały! - krzyczał przejęty chłopak schodząc w dół, by być bliżej.
-Ale ja nie mogę... - powiedziała piskliwym głosem. Lina pękła. Była już wcześniej trochę pęknięta, ale teraz pękła całkowicie. Nadia krzyknęła chwycąc się w ostatniej chwili wyciągniętej dłoni Nathana. Spojrzała w dół. Była bardzo wysoko.
-Trzymaj się mocno. Nie pozwolę Cię puścić.. - rozejrzał się wokół, nikogo nie było w pobliżu, kto mógłby im pomóc. Byli sami. Nathan z całych sił trzymał Nadię za dłoń, lewą ręką podtrzymując się kamiennej ściany. Niespodziewanie doznał skurczu prawej dłoni.
-Nathan... Proszę ratuj siebie. Z tymi linami jest coś bardzo nie tak. Twoja lina nie utrzyma nas obydwoje, co mamy robić? - spytała drżącym głosem. Obydwoje byli w tej chwili bezradni. I potem... To się wydarzyło. To był ułamek sekundy. Sekundy, która decydowała o wszystkim i właśnie ta jedna sekunda sprawiła, że te piękne miesiące spędzone razem straciły znaczenie... Jej dłoń ześlizgnęła się, chłopak jej nie utrzymał i dziewczyna spadła... A on... Żałował, tak bardzo żałował. Nie mógł pojąć tego dlaczego ją puścił. Przecież obiecał sobie, że da radę ją utrzymać, że ją uratuje... Ale w tamtej chwili nie był w stanie nic już zrobić, był kompletnie bezradny. Nawet gdyby chciał nie mógł jej ochronić.
~~
25 lipca, 7:00
-Nadal nic się nie zmieniło? - spytał przybity.
-Nie... - odpowiedziała twardym głosem pielęgniarka. Spojrzała na zdruzgotanego chłopaka ze współczuciem. - Nadal jest w śpiączce, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo się wybudzi. Jej stan jest stabilny, a rany prawie się wygoiły. - uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco kładąc swą dłoń na jego ramieniu, by w jakiś sposób dodać mu otuchy.
-Naprawdę? - spytał podekscytowany.
-Nie jestem w stanie Ci tego zapewnić, ale opierając się na ostatnich badaniach tak powinno być. Ale narazie to nie ma sensu byś ciągle tu przychodził. Doktor Fieldgrodge wczoraj cudem wygonił Cię na noc do domu.
-Trudno... Zostanę tu tyle ile będzie trzeba, aż w końcu się wybudzi. Tylko tyle mogę dla niej zrobić, prawda? - pani Smith się uśmiechnęła. Jej brązowe, duże oczy wskazywały wzruszenie.
-Jestem pewna, że jest szczęśliwa mając takiego chłopaka jak ty... I wiem, że gdy się wybudzi będziesz pierwszym, którego ujrzy, a gdy to zrobi będzie bardzo szczęśliwa... - odrzekła i odeszła w stronę gabinetu. Nathan wszedł do sali, gdzie leżała Nadia. I tak jak codzień usiadł na krzesełku, które było tuż przed jej łóżkiem.
-Niestety nie mogłem dotrzymać ci towarzystwa tej nocy. Wygonili mnie... - mówił delikatnym głosem ujmując jej zimną dłoń w swoje dłonie patrząc na jej twarz. Była blada, oczy miała zamknięte. Usta lekko rozchylone. Wyglądała tak samo jak wczoraj i przedwczoraj... I przez ostatnie kilkanaście dni. Nathan codziennie do niej przychodził. Spędzał kilkanaście godzin dziennie będąc u jej boku, mając nadzieję, że w końcu się wybudzi... Był załamany. Obwiniał się o ten wypadek. Wmawiał sobie, że to jego wina. Dobrze wiedział, że Nadia mogła się wybudzić albo... Umrzeć... A on nie chciał, by umarła. Chciał, by żyła. Tak bardzo ją kochał. Nie wyobrażał sobie życia bez niej.
-Jeśli ty umrzesz... Ja też umrę... - odrzekł smutno, łzy zaczęły mu lecieć, najpierw powoli potem strumieniami. Płakał, znowu... Płakał codziennie gdy ją odwiedzał.
-Przepraszam Cię... - szepnął przez łzy mocniej ściskając jej dłoń.- Ile bym dał byś się wybudziła... - przytulił się do niej. Leżał tak przez jakiś czas, minęło kilka, minut, godzin, może nawet dni... Aż jej serce przyspieszyło. Tak nagle... Nathan z przestrachem spojrzał na monitorek monitorujący pracę jej serca.
-Tylko nie umieraj... Proszę...- szepnął. Serce biło mocniej. Potem jednak przestało bić... Nathan wpadł w panikę.
-Nie!!!-krzyknął spanikowany.
-NIE!!! NIE!!! NIE!!!- zaczął nią nerwowo potrząsać.- Jego teraźniejszych uczuć nic nie było w stanie opisać.
-Nathanie! Uspokój się! - krzyknęła pani Smith odciągając go, a on za wszelką cenę próbował się wyrwać. Kilku lekarzy podbiegło do dziewczyny i zaczęło ją reanimować. Po jakimś czasie praca jej serca wznowiła działanie. Nadia została uratowana. Wreszcie Nathan mógł ponownie wejść do sali gdzie leżała nieprzytomna dziewczyna. Był środek nocy, a on siedział obok niej trzymając ją za dłoń. Myślał... O chwilach jakie z nią spędził, o ich pierwszym spotkaniu. Przypomniało mu się to gdy razem niegdyś patrzyli w gwiazdy, wtedy wydawały się być takie piękne. Odczuł teraz chęć podejścia do okna, by móc spoglądać w gwiazdy. Mimo tego, że chciał, nie zrobił tego, bo nie chciał opuścić swojej dziewczyny nawet na sekundę. Patrzył na jej zamknięte oczy. Tak bardzo chciał by się otworzyły, by mógł spojrzeć na jej błękitne jak skrawek nieba, anielskie oczy...
~~
26 lipca, godzina 14:23
Było jasno. Promyki słońca oświetlały tą ponurą salę. Słońce świeciło jaśniej niż zazwyczaj, a przynajmniej tak mi się wydawało. Patrzyłem na jej twarz, była rozjaśniona, rumiana. Jej powieki były nadal zamknięte, jednak teraz niespodziewanie je otworzyła... Zamrugała nerwowo. Poraz pierwszy od tak wielu dni mogłem spojrzeć w jej śliczne błękitne oczy. Serce mi przyspieszyło. Nic nie było w stanie opisać co wtedy czułem. Radość, wzruszenie, szczęście, poruszenie, nadzieja czy może wszystko naraz? Uśmiechnąłem się i drżącymi rękami chwyciłem jej ciepłą dłoń.
-Nadia... - szepnąłem. Nie mogłem wydusić z siebie nic więcej. Ze wzruszenia odjęło mi mowę. - Nadia, tak się cieszę. - przytuliłem ją, a łzy zaczęły same spływać mi po policzkach. Byłem szczęśliwy jak nigdy dotąd, tak bardzo cieszyłem się, że ją odzyskałem...Jednak to szczęście nie trwało długo... Spojrzałem jej w oczy. Widać w nich było zdezorientowanie, poczułem nagłe ukłucie w sercu. O co chodzi?
-Kim jesteś? - spytała zdziwiona. Jej głos wyrażał obawę. Te dwa słowa, które właśnie wydobyły się z jej ust sprawiły, że nagle wszystko w moim życiu straciło sens. To było jak cios nożem prosto w moje przed chwilą uradowane serce. W
W tej chwili skonało z bólu.
-Niemożliwe... Dla... Dlaczego? - wyjąkałem ze łzami w oczach... - nie. byłem w stanie nic innego powiedzieć. Serce biło mi boleśnie. Nagle mój cały świat się zawalił. Mimo tego, że żyła, czułem wtedy jakby umarła. Nie było już sensu... Na nic... Wstałem zaciskając pięści wyszedłem z sali.
-Więc to dlatego nazywają miłość bólem... - mruknąłem sam do siebie.
Szedłem przez miasto. Nie byłem w stanie myśleć. Moja głowa pulsowała. To tak bolało... Ten ból stopniowo rozrywał mi serce. Ja chciałem jak najszybciej przestać żyć. Wiem, że to głupie, ale wtedy naprawdę tak się czułem. W dodatku w głowie zaczęło mi coraz bardziej pulsować, ból się zwiększał.
-Argh.!! - warknąłem. Byłem tak zdezorientowany, że nawet nie zorientowałem się, że bezmyślnie wpadłem pod pedzącego tira. Nie przeżyłem, umarłem... I umierając, zakończyłem swoje ludzkie życie i odrodziłem się jako wampir. Moje uśpione moce i wspomnienia odżyły. I to właśnie ten dzień wszystko zmienił...
