sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 3

Rozdział 3 "Sen..." 

(Rozdział dedykowany mojej przyjaciółce Sygi, za to, że ci się to podoba <3)

-Zrobić to czy nie? - szyderczo się uśmiechnął do Nadii.
-Ale co? - spytała zdziwiona.
-A zresztą. I tak potem niczego nie będziesz pamiętała... - odrzekł aksamitnym tonem. Poraz kolejny spojrzał na jej wargi. Chciał ich spróbować. Nawet sam nie wiedział dlaczego. Nie miał pojęcia dlaczego chciał to zrobić. Coś go do tego popychało. Pochylił się i przybliżył swą twarz do jej. Po czym powolutku zaczął przybliżać swoje rozchylone wargi do jej ust. A potem... Wreszcie obnażył swe długie kły i zatopił je w jej bladej szyi. Właśnie to chciał zrobić. Delektować się jej ciepłą krwią. Cieszyć się jej cudownym smakiem. Trzymał teraz swoją zdobycz mocno w ramionach i wysysał z niej krew. Nadia tylko odchyliła głowę delikatnie w tył i westchnęła. Nie wydała z siebie nawet jednego dźwięku. Dziewczyna nawet nie dbała o to co przed chwilą zrobił nieznajomy. Miała to kompletnie gdzieś, po prostu nie obchodziło ją to, że właśnie się ujawnił. Nathan dobrze wiedział, że dziewczyna nie będzie ani trochę zdziwiona. Przecież Nadia była pod wpływem alkoholu, miała za sobą co najmniej kilkanaście drinków. Ale nie przewidział jednego... Coś co do tej pory wyczuł w każdej jego ofiarze. Był to instynkt samoobrony, odruchowego strachu, chęć bronienia się przed przeciwnikiem, po prostu automatyczny strach... U Nadii tego nie było. I wyczuł żadnego strachu... Nie bała się go, nie chciała się bronić. Wręcz przeciwnie. Czuła się rewelacyjnie podczas tego gdy wampir wysysał z niej krew odbierając jej powoli życie. Czuła relaks, błogość, ale nie przerażenie. Nathan upajając się jej krwią czuł jej emocje. Poczuł także zniewalającą siłę jej charakteru. Czuł ekstazę, jak nigdy dotąd. Jej krew działała na młodego wampira jak narkotyk. Nie mógł się od niej oderwać, nie potrafił... Ale nie wiedząc dlaczego nie chciał jej zabić. W głębi serca wcale tego nie chciał. Jednak... Przycisnął ją mocniej do siebie, tak, że dziewczyna całym swoim ciałem przylegała do niego. Nadię przeszły przyjemne dreszcze podczas gdy Nathan pił jej krew. Chłopak poczuł uderzającą siłę jej osobowości, a także uczucia jakie męczyły ją przez kilka lat. Smutek, niewyobrażalna rozpacz i tęsknota za kimś bardzo ważnym. Pustka w sercu, nieszczęście...Miłość, bo kochała go. Do niego należało jej kruche, mocno bijące serduszko. Nieświadomość tego kim jest osoba za którą tak tęskni. Ale Nathan wiedział. Gwałtownie przestał pić jej krew... Złapawszy ją za ramiona spojrzał jej w oczy. Te pełne bólu i tęsknoty oczy, które patrzyły na niego wzrokiem pozbawionym przerażenia. Te błękitne niczym tafla jeziora oczęta, które były głębokie niczym głębia oceanu patrzyły w czarne, wampirze oczy nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Te niewinne śliczne oczy niczym dwa brylanty uroniły właśnie łzę. Łza spłynęła po jej bladym policzku, jednak spojrzenie nadal miała pewne i przenikliwe. Nathan był zdezorientowany. A raczej oszołomiony. Kim ona do cholery jest?! Dlaczego się nie boi?!
-Dlaczego się nie boisz? Przecież mogę cię w każdej chwili zabić. To irytujące... - udał znudzonego.
-Dlaczego mam się bać? - spytała zdziwiona i pełna spokoju. Jej głos był delikatny i kojący. Nie było w nim słychać strachu.
-Bo jestem potworem?! Mogę Cię zabić... Właśnie uświadomiłem ci, ze jestem wampirem, a ty masz to w dupie...
-Nie jesteś potworem... Jesteś po prostu samotny... - odrzekła przejechawszy delikatnie palcem po jego chłodnym wampirzym policzku. A Nathan był w szoku. Zamurowało go. Nie wiedział co z siebie wydusić. Patrzał na nią spojrzeniem pełnym zaskoczenia a także krzty bólu i odrobiną... No właśnie czego? Jakie emocje mogłoby wyrażać spojrzenie podłego bezemocyjnego wampira? Być może była to cząstka miłości, gdyż w jego spojrzeniu krył się dawny on. Szlachetny człowiek, wrażliwy, pełny miłości i zrozumienia... Nathan otrząsnął się. Zamrugał nerwowo i oparłszy swoje zimne czoło o jej gorące czoło zaczął mówić.
-Kim ty do cholery jesteś, że masz na mnie tako wpływ? - mruknął. - czuję się jakbym był twoim niewolnikiem... Ale dlaczego się mnie nie boisz? - spytał spokojnie.
-Nie boję się, bo... po prostu nie mam czego się bać. Sama chcę umrzeć dlatego możesz mnie zabić, zrobić ze mną co chcesz. A ja mimo to nie będę się bała. Bo... Bo... - złapała tchu patrząc mu głęboko i pewnie w oczy. - Bo...
-Bo? - spytał lekko zbity z pantałyku.
-Bo... Bo mnie kochasz...
-Słucham?! - przez chwilkę, dosłownie chwilkę jego serce drgnęło jak gdyby poruszone jej ciepłymi słowami. Jej słowa podziałały na niego jak zimne wiadro wody. A jednak nie mógł pogodzić się z tym, że dziewczyna ma rację... NIE! to niemożliwe... - Niby skąd taki chory wniosek?
-Uratowałeś mnie... To chyba świadczy o tym, że mnie kochasz...
-Ty naprawdę za dużo wypiłaś. Poza tym to, że cię uratowałem nie znaczy, że cię kocham.
-Więc dlaczego to zrobiłeś?
-Zrobiłem to, bo... - i tu się zatrzymał zdziwiony faktem iż nie znał odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego to zrobił?! Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. - Sam nie wiem dlaczego...
-Dlaczego? - spytała ponownie wreszcie siadając na skraju dachu i patrząc w gwiazdy.
-Uważaj, bo spadniesz! - podszedł do niej i złapał ją w talii.
-Dlaczego się o mnie martwisz? - spytała z satysfakcją w głosie.
-Nie martwię... - Nathan ponownie odpowiedział suchym tonem, jednak musiał się wysilić, by owym szorstkim tonem to powiedzieć. Był pewien, że gdyby był człowiekiem napewno spaliłby buraka na twarzy... No właśnie... Gdyby był człowiekiem...
-W takim razie jesteś zboczuchem... - zaczęła śmiejąc się.
-Dlaczego tak uważasz?! - zapytał oburzony zapominając o swojej oschłości.
-Szukasz tylko okazji, by móc mnie złapać za cycki.- w tej chwili Nathan uświadomił sobie, że trzyma swoje dłonie w okolicach jej piersi. Jego mina... Po prostu bezcenna...
-Dobra... Trzymajmy się tej pierwszej wersji.
-Więc dlaczego się o mnie martwisz i nie chcesz mnie zabić?
-Oj mylisz się. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo w tej chwili mam ochotę cię zabić... - powiedział ironicznie. Nadia roześmiała się.
-Bo... - Nathan nie wiedział co powiedzieć, ale wkrótce coś wymyślił. Usiadł obok niej i zaczął. - Przypominasz mi kogoś...
-Kogoś kogo kochałeś? - spytała upewniając się.
-A podobno tylko wampiry potrafią czytać w myślach. - ironia w tonie jego głosu była bardzo wyraźna.
-Opowiedz mi o niej...
-Nie...
-No proszę.
-A zresztą i tak jutro niczego nie będziesz pamiętała...  Poza tym już mi nawet na niej nie zależy...
-Ale kiedyś zależało. Poza tym mam dobrą pamięć.
-Gdybyś miała taką dobrą pamięć to byś o mnie nie zapomniała... - odrzekł smutno z ukłuciem żalu w sercu, które było mu do tej pory obce.
-Co?
-Nieważne... Zaczynam opowieść  To było kiedyś... Zależało mi na niej. I to bardzo. Za bardzo. Ale potem ona miała wypadek i zapadła w śpiączkę na kilka lat. Potem nie pamiętała niczego i nie miała pojęcia kim jestem. Koniec... Zadowolona?!
-Nie. Jak ona miała na imię?
-Tak jak ty...
-A przypominała mnie?
-Była mniej irytująca...
-Naprawdę?
-Na niby...
-To co teraz zrobimy? - spytała zamyślona.
-Ty rób co chcesz, ja nie mam ochoty na durne podchody z pijanymi dziećmi... - wstał i zaczął odchodzić w stronę wyjścia. Dziewczyna także wstała, ale stanęła w miejscu. Nathan szedł, ale zatrzymał się, westchnął i gwałtownie zawrócił. Coś kazało mu "to" zrobić. Schwycił mocno jej delikatne ramiona zaciskając pięści i oparł swoje czoło o jej spoglądając jej w oczy. Uśmiechnął się ukazując tym namiastkę dawnego siebie. Patrzył jej w oczy, po czym powolutku, delikatnie musnął jej wargi. Nie wiedział dlaczego to zrobił. Coś go do tego popchnęło. Jednak to nie był pocałunek. On po prostu delikatnie musnął jej wargi. Tak po prostu. Chciał to zrobić więc zrobił. Chociaż zupełnie nie miał pojęcia dlaczego tego chciał... Spojrzał jej przenikliwe w oczy. Jego tęczówki zmieniły kolor na intensywniejszy, a przy źrenicach stały się szmaragdowo-czerwone.
-Bezpiecznie wrócisz do domu. Zapomnisz o tym, że cię ugryzłem i o tym kim jestem. Zapomnisz o... O pocałunku i już nigdy nie będziesz próbowała się zabić. - powiedział to szybko na jednym tchu, po czym zakończył swą hipnotyzację i wreszcie wyszedł zostawiając Nadię samą.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Kocham cię! - powiedział swoim delikatnym niczym aksamit głosem spoglądając jej przenikliwie w oczy. Jego oczy były koloru czarnobrązowego. Miały jednak w sobie dużo radości, siły i optymizmu. I bardzo dużo miłości, którą chciał jej ofiarować. Nadia patrzyła mu w oczy, próbując sobie przypomnieć kim on jest. Jednak nie potrafiła go skojarzyć.
-Przecież nawet mnie nie znasz... - odrzekła cichutko swym cienkim głosikiem.
-Wiem o tobie wszystko. Zawsze cię obserwowałem. - Nadia drgnęła. Chłopak wiele dla niej znaczył. Czuła to, że w przeszłości był dla niej kimś ważnym. Patrząc mu w oczy poczuła jak serce jej dygocze. Te czarne oczy... Gdzie ona je widziała?  Przystojny młodzieniec o głębokim jak ocean spojrzeniu pochylił się nad nią i zamknąwszy oczy zaczął powoli przybliżać swoje wargi do jej rozedrganych ust. Ona zahipnotyzowana jego urokiem także zamknęła oczy nie będąc w stanie myśleć o czymkolwiek innym niż o jego obecności. Zanim je jednak zdążyła zamknąć, kątem oka dostrzegła jak chłopak obnażył swe długie kły, jego oczy zmieniły barwę na intensywną czerwień i ugryzł ją brutalnie wbijając swe długie, ostre kły w jej delikatną szyję... A potem...A potem wreszcie się obudziła roztrzęsiona. Wstała z łóżka i podeszła do okna, które było otwarte. Wyszła na balkon i oparwszy się o framugę, zaczęła spoglądać w gwiazdy. Wspominała dzisiejszy wieczór. Jak miał na imię tajemniczy chłopak, który ją uratował? Pamiętała wszystko prócz kilku szczegółów. Podrapała się w szyję i poczuła dwie pulsujące, jeszcze świeże ranki z których spływała krew...





I oto koniec 3 rezdziału <3 Nie togo się spodziewaliście, co nie? xD niestety zawiodłam wasze oczekiwania, wiecie o co chodzi :D Rozdział 4 przewiduję za tydzień w piątek albo     sobotę, ewentualnie w niedziele , pozdrawiam <33

sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział 2

Rozdział 2  "Twoje drugie, mroczne ja..." 

-Nadia, dobrze się czujesz? - spytała zatroskana przyjaciółka. Emily była śliczną brunetką o brązowych oczach i opalonej skórze w kolorze mlecznej czekolady. Była miła, życzliwa i pomocna. Najlepsza przyjaciółka Nadii. Zawsze ją wspierała i martwiła się o nią. Teraz dziewczyny razem wracały ze szkoły. Mijały właśnie Tower Bridge. Nadia była inna niż zwykle. Oszołomiona i zdezorientowana. 
-Nadia? - spytała ponownie przyjaciółka. 
-hmm...? 
-Pytam czy wszystko w porządku? 
-Aaa... Tak. A czemu pytasz? 
-Odkąd zobaczyłaś tamtego chłopaka dziwnie się zachowujesz. Znasz go w ogóle? 
-Ja...- zaczęła Nadia i nie wiedziała co dalej odpowiedzieć. Była pewna, że nigdy go nie spotkała, ale gdy go zobaczyła, serce zaczęło bić jej szybciej i miała takie uczucie jakby już kiedyś się spotkali. 
-Niezła dupa z niego! O stokroć lepszy niż Taylor Laurent i Pattinson razem wzięci! OMG poprostu! 
-Tssaaa... Skoro taka "dupa" z niego, to się za niego bierz! - Nadia szturchnęła przyjaciółkę w ramię i roześmiała się. 
-Nie no co ty! Ty się za niego weź! - krzyknęła Emily roześmiana. I obie wubuchnęły głośnym śmiechem. 
-Hej, a może on już ma dziewczynę i z tego całego naszego "brania" będą nici? 
-Być może...-rzekła Nadia. Dziewczyna nie potrafiła racjonalnie myśleć po dzisiejszym dniu. Ten chłopak. Wydawało jej się, że już kiedyś go spotkała. Ale gdzie? Kiedy? Dlaczego Nadia odnosiła takie wrażenie jak gdyby go znała? To jego czarne, chłodne, mroczne a przede wszystkim intrygujące spojrzenie w tamtym momencie wywiercało dziury w jej oczach i pozostawiło trwały ślad w jej pamięci. Taki mrok ją pociągnął... Ciemność i zło... Właśnie to ją intrygowało. Nadia dobrze o tym wiedziała, ale nie chciała się do tego przyznać. Nawet sama przed sobą. Nie mogła zapomnieć o tym spojrzeniu... Nigdy nie będzie potrafiła zapomnieć o tych czarnych, głębokich niczym głębia czarnego oceanu oczach, w których błyszczało złowrogość i mrok. Jej zdaniem to spojrzenie było bardziej piękne niż przerażające... A te jego usta... Zaraz! Dlaczego ona myśli o nim w taki sposób?! Dziewczyna spłonęła rumieńcem i zawstydziła się. 
-Nadia! Dziś po prostu jesteś nieobecna na tym świecie. - Emily roześmiała się. Zawsze tak robiła. Zawsze się śmiała i była uśmiechnięta. Nawet gdy było jej źle, była uśmiechnięta i optymistycznie podchodziła do życia. Emily... Była jedyną przyjaciółką Nadii. Jedyną osobą, która ją wspierała i była przy niej. Tak wiele znaczyła dla Nadii jej obecność... 
-Przepraszam Cię... - szepnęła Nadia z przepraszającym uśmiechem. 
-Nie ma sprawy. Ja już pójdę. Jutro się zobaczymy. Albo wejdź na fejsa. Pa! - powiedziała brunetka, po czym uścisnęła przyjaciółkę i odeszła. 
A Nadia już dochodziła do domu. "Co ja bym bez niej zrobiła?" westchnęła kierując się ku bramy. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Drogi pamiętniku!

Dziś poraz pierwszy od tak długiego czasu pojawiłam się w szkole. Myślałam, że będzie to zwyczajny, nudny szkolny dzień. Nawet nie jestem w stanie opisać tego jak bardzo się myliłam... Spotkałam mroczne widmo... Chłopak wydawał się dziwny, ale był nieziemsko przystojny. A jego mroczne oczy, kojarzyły mi się ze spojrzeniem diabła. Gdy tak na mnie spojrzał nie wiedziałam co mam zrobić. Po prostu stałam sparaliżowana na tym korytarzu i nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Czuję jak gdybym już go kiedyś gdzieś spotkała, ale również dała bym sobie rękę uciąć, że go nigdy wcześniej nie widziałam... Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego tak jest. Dlaczego odnoszę wrażenie, że go znam... Nieważne... Zresztą znowu mam jakieś urojenia... Ciekawe jak on ma ma imię... Mam nadzieję, że jutro także go spotkam.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nathan był głodny. Bardzo głodny... Odczuwał głód i pragnienie tak silnie jak nigdy dotąd. Czuł, że nie jest w stanie nad tym zapanować. To było poza jego kontrolą. Stał samotnie w lesie. Miał zgięte kolana, obnażoną szczękę, oddychał szybko i ciężko. Oczy miał czarne niczym węgiel. A jego spojrzenie było złowrogie i przerażające. Czuł się słaby. Potrzebował "tego"... Pragnął "tego"... Wiedział, że bez "tego" nie przeżyje. Czuł jak obraz zamazuje mu się przed oczami. Czuł okropny ogień w gardle, jak gdyby rozpalały je gorące płomienie ognia. Ból był tak silny niczym ostrza wbijane wprost w jego gardło. Potrzebował jednego czynnika bez którego nie przeżyje i nie zazna ulgi. Czuł jak moc i siła go opuszczają. Teraz ból i pragnienie tak wzrosły, że czuł jak gdyby żyły mu się paliły. Cierpiał. Tak jak każdy inny przedstawiciel jego gatunku... Skazany na wieczne potępienie. Istota nazywana przez niektórych "Czarnym aniołem". Nikt nie miał pojęcia o ich istnieniu. Nikt nie wiedział, że te potworne istoty, wywodzące się z pradawnych legend, filmów i książek istniały na prawdę... A były to drapieżniki bardzo niebezpieczne. Zupełnie inne niż te opisane w tych wszystkich książkach. Ale istniały na prawdę... Wampiry... Tak je nazywano. "Dzieci nocy". Ale Nathan był zupełnie innym wampirem... Właśnie teraz ten wampir potrzebował życia. Potrzebował siły. Potrzebował życiodajnego płynu, który by mu to wszystko dał... Potrzebował krwi... Ludzkiej krwi... Teraz już miał pewność, że musi zapolować. Była ciemna noc. Co chwilę wiatr wiał złowrogo. Było cicho i mrocznie. Nathan szedł powoli w stronę ciemnego zaułka. Tam napewno spotka jakąś ofiarę. Wystarczy chwila cierpliwości. Usłyszał szelest zbliżających się kroków i poczuł piękny zapach krwi. Młoda dziewczyna. Była oddalona o jakieś 15-20 metrów, ale Nathan ją wyczuł. Poczuł również, że ma piękny zapach, a jej krew da mu siłę. Był pewien, że rodzaj krwi którą posiadała ta dziewczyna należy do jego ulubionych. Takie właśnie lubił najbardziej. Zagubione, młode dziewczyny. Zawsze żywił się krwią ślicznych dziewczyn. Ofiara zbliżała się. Nathan czyhał na nią za rogiem. Dziewczyna była już coraz bliżej. Nathan czuł podniecenie, a także wyczuł to, że dziewczyna czuje się nieswojo. Słyszał jej przyspieszony puls. Słyszał jak krew głośno płynie w jej żyłach. Słyszał jej cichy oddech pełen niepokoju. Przygotował się do skoku. Wyglądał jak prawdziwy drapieżnik. Groźny i niebezpieczny, z obnażonymi, długimi kłami. Wyskoczył z ogromną prędkością gotowy do rozszarpania gardła swojej ofierze. Schwycił ją za ramiona sprytnie uniemożliwiając jej wydostanie się. I wreszcie zatopił swoje długie kły w jej bladej szyi. Gorąca krew wypłynęła wreszcie spływając po ciele ofiary i wpłynęła do gardła Nathana, który poczuł euforię i ekstazę. Dziewczyna krzyczała i wyrwała się próbując się wydostać, ale wkrótce opuściły ją siły i przestała. Ale Nathan nie chciał przestać. Jego czarne tęczówki zaczęły się bawić na czerwono, aż w końcu zaczęły świecić niczym dwie rażące latarki. Trzymał odrętwiałą dziewczynę w ramionach. Pijąc jej krew słyszał jej myśli, czuł jej emocje i czuł jej życie. 
Czuł wielką determinację i chęć pomocy innym. Czuł wielki optymizm i oddanie przyjaciołom. Potem czuł jej strach i przerażenie. Słyszał jak krzyczała w myślach. Wołała o pomoc. Błagała, by przestał. Naokrągło słyszał w jej myślach imię: Nadia. Gwałtownie przestał, ale było już za późno. Dziewczyna już nie żyła. Jej bezwładne ciało leżało na ziemii. Ciemne włosy opadły jej na przerażoną twarz. Gardło miała rozszarpane. Nathan był pewien, że wyssał z niej całą krew nie pozostawiając ani kropli. Czuł się pożywiony, silny i pełen energii. Z kącików jego ust nadal wypływała gorąca krew, a spojrzenie nadal miał oszalałe i przerażające. Nie czuł wyrzutów sumienia. Poprostu odszedł nie obdarzając ofiary żadnym spojrzeniem. Pamiętał, że dziewczyna miała na imię Emily...
Nadia... Dobrze wiedział, że nigdy nie zapomni tego imienia, jednak wiedział, że powinien udowodnić sobie, że mu na niej nie zależy. Był tego pewien, a jednak chciał udowodnić to samemu sobie... 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Emily! Odbierz... - jęczała Nadia pełna obaw. Była zdenerwowana, ponieważ jej przyjaciółka od kilku dni nie odbierała telefonu, a od ich ostatniego spotkania nawet nie pojawiła się na Facebooku. Nadia wstała zniecierpliwiona z łóżka i zbiegła ze schodów po czym wyszła z domu. Szła cichą uliczką, wokół niej drzewa, park, kwiaty. Szła powoli. Miała ma sobie białe koturny, łososiową tunikę w białe paski, białą skórzaną kurtkę i białe rurki. Nie wiedząc dlaczego czuła pewien niepokój. Miała wrażenie że ktoś ją obserwuję albo śledzi. Gwałtownie się odwróciła. Nikogo nie było. Poszła dalej. Miała zamiar odwiedzić Emily, która nie odzywała się już cały tydzień. Nie miała pojęcia co przez ten czas działo się z jej przyjaciółką. Być może zachorowała, albo miała jakieś problemy rodzinne. Poza tym przez ten cały tydzień Nie widziała tego chłopaka. "Mroczne widmo" przestało pojawiać się w szkole. Nadia była tym trochę rozczarowana, chociaż sama nie miała pojęcia dlaczego. Przecież nawet go nie zna, nie ma o nim żadnego pojęcia. A jednak tajemniczy chłopak, o pięknym, czarnym, głębokim spojrzeniu bardzo ją zaintrygował. Ale dlaczego? Dlaczego gdy spojrzał jej w oczy nagle przeszły ją dreszcze, a jej serce drgnęło i zaczęło bić szybciej? Zupełnie tak jak gdyby znalazło to czego potrzebowało, to czego szukało przez cały czas... 
Dziewczyna przerwała rozmyślania i zapukała do drzwi przyjaciółki. Nikt nie otwierał. Były zgaszone światła, w domu było cicho. Dziewczyna zapukała raz jeszcze i czekała. Wreszcie drzwi otworzyła mama Emily. Zapłakana, z drżącymi rękoma, o spojrzeniu pełnym bólu i żalu. Nadia stanęła jak wryta. 
-Ciociu? Co się stało? -spytała zatroskana i zaniepokojona. - kobieta drżącymi dłońmi ścisnęła ramiona Nadii. 
-Emily... Ona... Emily... Nie żyje... Nie żyje...! - powiedziała bezemocyjnym głosem i zaczęła płakać. - moje dziecko nie żyje... Emily... 
-Słucham?! - spytała Nadia drżącym głosem. W tej chwili poczuła jakby ktoś wbił w jej serce nóż. Straciła czucie w dłoniach, zrobiło jej się chłodno w sercu. Jej dłonie drżały. Poczuła przeszywający ból w klatce piersiowej. Nie wiedziała co powiedzieć. Łzy spłynęły jej po policzkach, pozostawiając ból w jej sercu. Dlaczego? Dlaczego Emily?! Jej jedyna przyjaciółka. Jedyna osoba, która ją wspierała. 
-To niemożliwe... - powiedziała drżącym, piskliwym głosem. - Nie! To nie możliwe! To nie może być prawdą! Emily?! Gdzie jesteś?! - zaczęła ją nawoływać. Chociaż to nie miało żadnego sensu. Emily tu nie było... Zniknęła... Już nigdy nie powróci... Została zamordowana przez krwiożerczą bestię. Ale Nadia o niczym nie miała pojęcia. Nie mogła w to uwierzyć. 
-Nadia... - zaczęła ciocia Natalie miękkim tonem powstrzymując łzy. 
-Nie!!! Ciociu... To nie prawda! To nie prawda! - krzyknęła dziewczyna po czym wybuchnęła płaczem... 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Było ciemno. Dochodziła 24:00. Miasto było żywe. Wszędzie światła, samochody, autostrada. Wokół restauracje, puby, sklepy. Nadia szła powoli, kołysząc się. Patrzyła przed siebie bezemocyjnym spojrzeniem. Wracała z jakiegoś pubu. Miała za sobą kilka, kilkanaście drinków. Popełniła głupotę upijając się, ale myślała, że alkohol pomoże jej zapomnieć o nieszczęściu. Jej życie nie miało żadnego sensu, czuła to, że straciło sens. Że nie ma już po co żyć. Płakała codziennie. Tęskniła. Nie wiedząc za kim. Czuła pustkę i stratę nie wiedząc po kim. Nic nie wiedziała o swojej przeszłości i zdawała sobie sprawę, że nigdy się nie dowie. Przez długi czas była samotna, odizolowana, bała się ludzi, unikała ich, ponieważ nikt nie był w stanie jej zrozumieć. Jednak potem poznała Emily. Zawsze była uśmiechnięta, tylko ona była w stanie ją zrozumieć. Tylko z nią mogła porozmawiać. Tylko dzięki niej na ponurej twarzy Nadii mógł zagościć uśmiech. Emily rozumiała ją jak nikt inny. Dzięki niej Nadia jeszcze nie oszalała. Właśnie teraz uświadomiła sobie jak bardzo ta dziewczyna była dla niej ważna i jak bardzo będzie jej brakować Emily. Jej ciepłego uśmiechu, delikatnego głosu pełnego sympatii, jej cudownych brązowych oczu pełnych miłości, jej ciepłych słów, które dodawały jej siłę. Przez chwilę straciła równowagę, mało co wpadłaby pod pędzący samochód. Nawet się nie przestraszyła. Roześmiała się sztucznie. Już dochodziła do celu. Była prawie na miejscu. Kołysząc się na prawo i lewo, czując jak wzrok jej zanika, a głowa pęka z bólu doszła do celu jakim był wysoki wieżowiec. Często tu przychodziła, jechała windą na sam dach. Uwielbiała tam przesiadywać. To było jej własne miejsce. Znała tajne jedyne wejście na samą górę, dzięki czemu mogła się tam dostać. Do tej pory była pewna, że tylko ona je zna. Nadia nie przyszła tu teraz na rozmyślania. Przyszła w zupełnie innym celu. Była już na samej górze. Spojrzała w gwiazdy. Łzy spłynęły jej po policzkach. Upadła na kolana zaciskając pięści. 
-EMILY.!!! - wydarła się na całe gardło, po czym do jej uszu doszło echo jej głosu. Łzy co chwilę spływały jej po policzkach. Nie potrafiła się opanować, emocje wzięły nad nią górę. W dodatku była pod wpływem alkoholu, nie myślała racjonalnie. Zdawała sobie sprawę z tego, że Emily odeszła i już nigdy nie wróci. Wiedziała, że bez niej sobie nie poradzi, oszaleje. Miała świadomość tego, że już nigdy jej nie zobaczy, ale nie mogła się z tym pogodzić, po prostu nie potrafiła żyć z myślą, że już jej przy niej nie będzie. Nadia wstała powoli i stanęła na środku dachu wieżowca. Zrobiła kilka kroków w przód cały czas patrząc przed siebie bezemocyjnym spojrzeniem. Dach nie miał żadnych zabezpieczeń. Widocznie ktoś nie przewidział tego, że jakiś samobójca znajdzie wejście na samą górę. Nadia szła dalej, powolnym, równym krokiem. Nie mogła przestać myśleć o Emily, o swoim wypadku i kompletnej nieświadomości o swojej przeszłości. Chciała to skończyć, pragnęła skończyć to bezsensowne życie. No bo po co ma żyć? Dla kogo? Jaki jej życie ma sens? Teraz już żadnego... Przynajmniej ona tak uważała. Nadia doszła do krańca dachu, spojrzała w górę i kolejna łza spłynęła jej po policzku. Spojrzała w dół, nawet się nie przestraszyła, uśmiechnęła się sztucznie. A pod nią znajdowało się miasto. Tyle świateł i samochodów, które z tej odległości wyglądały jak małe owady, prostokątne budynki, niektóre wyższe, niektóre niższe. Całe miasto pod nią. A ona chciała skoczyć, zakończyć swoje życie. W pierwszej chwili się zawahała, jednak potem stanęła całkowicie na krańcu, wzięła głęboki oddech, unosząc ręce do góry pozwoliła, by kolejne łzy spłynęły po jej twarzy. Poraz kolejny spojrzała w dół. Wszystkie światła stały się zamazane. Ostatni raz wzięła, głęboki oddech, stanęła całkowicie na krańcu, napięła mięśnie...
-Nie rób tego... - usłyszała gładki, aksamitny głos tuż za jej uszami. Stanęła nieruchomo. Ten głos ją sparaliżował. Nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Znała ten głos, znała go bardzo dobrze, nie wiedziała skąd, ale była tego pewna. Chciała się odwrócić, ale nie mogła... Coś ją zablokowało. Jednak ten głos był ukojeniem dla jej uszu, chciała usłyszeć go raz jeszcze. Potem poczuła jak ten "ktoś" stoi tuż za nią, jego ręce opletły się wokół jej talii, uniemożliwiając jej skok. Poczuła jego chłodny oddech na własnym karku. Odwróciła się i on stał tuż przed nią. Tamten tajemniczy chłopak o mrocznym, czarnym spojrzeniu. Spojrzała mu w oczy, była zdziwiona, jego oczy były wpatrzone w jej błękitne tęczówki. Stali w ciszy, nieruchomo. On obejmował ją mocno w talii uniemożliwiając jej skok. Nathan sam nie rozumiał dlaczego to robi, dlaczego ją powstrzymuje...
-Dlaczego? - spytała zdziwiona? 
-Co, dlaczego? - spytał poważnie nadal patrząc zdziwiony w jej rozszerzone źrenice. 
-Dlaczego mnie powstrzymujesz?! - spytała będąc już ma skraju swoich emocji, szarpiąc się z nim. Nie miała na nic siły, kręciło jej się w głowie i nie czuła się dobrze. Nie bez Emily...
-Sam nie wiem... - rzekł poważnym tonem, schwyciwszy jej ramię i ścisnąwszy je w żelaznym uścisku. 
-Puszczaj mnie zasrany pedofilu! - krzyknęła zniecierpliwiona szarpiąc się z nim. -Nic nie rozumiesz. 
-A co mam rozumieć? - spytał po czym przybliżył się do niej. Spojrzał jej ponownie w oczy. Przypomniał mu się jego aniołek, jego błękitne, śliczne oczy, złotawe, jasne włosy i śliczny uśmiech. Przypomniało mu się jak niegdyś trzymał ją w delikatnym uścisku obawiając się, że jego kruchy aniołek mógłby się rozpaść. Przypomniało mu się jak do niego mówiła, jaki miała słodki śmiech. Ona nawet tego nie pamięta... 
-Ja już nie chcę żyć... - odrzekła smutno. 
-Dlaczego chcesz się zabić? - spytał poważnie. Ona odwróciła wzrok. Nawet go nie znała, ale była trochę pijana więc nie była sobą. 
-Moja przyjaciółka... Moja jedyna bliska mi osoba zginęła. Kilka lat temu miałam wypadek, po którym zapadłam w śpiączkę i nic nie pamiętałam. Ona pomogła mi się pozbierać, wspierała mnie. Gdyby nie ona, nie wiem co by się ze mną stało. Nawet nie wyobrażasz sobie jak wiele ona dla mnie znaczyła. 
-Jak to zginęła? - spytał lekko zdziwiony. 
-Została zamordowana, tak myślę. Niedawno ktoś ją zabił. Ta osoba zniszczyła mi życie! Nienawidzę jej całym sercem! - krzyknęła i rozpłakała się. Nathan stał z szeroko otwartymi oczami, nie wiedział co powiedzieć. 
-Jak ona miała na imię? - spytał bezemocyjnym tonem. 
-Emily... - odrzekła dziewczyna smutnym głosem, a Nathan doznał szoku. Nie wiedział dlaczego, ale miał wyrzuty sumienia. Zabił jej najlepszą przyjaciółkę. Tak bardzo teraz żałował. Nawet nie wiedział dlaczego przez chwilę emocje się w nim zbudziły. Chciał cofnąć czas, przywrócić życie Emily. 
-Ten człowiek zniszczył mi życie... Dlaczego zrobił to Emily?!-spytała płacząc. - Ja już nie chcę żyć, ja naprawdę chcę umrzeć... 
-Więc droga wolna... - Nathan na powrót stał się bezemocyjny. - Proszę bardzo, skacz skoro chcesz. Nikt cię nie będzie zatrzymywał. 
-Czyli mnie rozumiesz... Zrobię to na "trzy" - powiedziała po czym stanęła na krańcu dachu, wzięła głęboki oddech i uniosła ręce do tyłu zginając kolana. 
-Jeden... 
-Blefujesz... - Nathan zaśmiał się nonszalancko oparty o ścianę. 
-Dwa... 
-Ty na serio jesteś nienormalna.
-Trzy! 
-Psycholka! - Nathan już miał się roześmiać gdy zobaczył jak Nadia zsuwa się z budynku i spada. 
-NADIA!!!-wydarł się na całe gardło. I nie wiedząc nawet dlaczego skoczył za nią, by ją uratować. Nadia spadała, z początku było to dla niej miłe uczucie, jednak potem zaczęła się bać. Minęły ułamki sekundy, a tyle strasznych myśli nasunęło jej się do głowy. Coś sobie przed chwilą uświadomiła. Żałowała, że skoczyła. Ona wcale nie chciała umrzeć. Ale skoczyła, bo nie była sobą. Emocje wzięły nad nią górę i po prostu zrobiła to. A teraz żałowała. W ostatniej chwili poczuła jak ktoś zaciska swe silne ramiona wokół niej i leci wraz z nią ku górze. To był on. Uratował ją. Trzymał ją teraz mocno w swych silnych ramionach, patrząc w jej przerażone oczy leciał z nią powoli ku górze. Nadia była zachipnotyzowana jego głębokim spojrzeniem. Nie mogła oderwać nawet na moment wzroku od jego cudownych oczu. Wydawały jej się tak znajome, a jednocześnie wyjątkowe, jak gdyby nigdy takich nie widziała. W tych pięknych oczach dostrzegła nutę niepokoju i jednocześnie szczęścia, albo jej się wydawało. W końcu dolecieli spowrotem na dach wieżowca. Nadia nadal była wtulona w jego ramiona, ale była w szoku. On leciał... Leciał trzymając ją w ramionach. Skoczył, by ją ratować. Nie miała o nim żadnego pojęcia. Nie wiedziała kim był, poza tym była trochę pijana, więc nie zastanawiała się zbytnio nad tym. A on... Przez chwilę zbudził w sobie emocje, przez chwilę był tamtym sobą... Pamiętał ją. Pamiętał każde spojrzenie jej ślicznych oczu, jej delikatny dotyk. Pamiętał swojego aniołka. Ten aniołek był teraz tuż przed nim. Przed chwilą o mały włos by ją stracił. Stała tuż przed nim, wydawała mu się taka bliska a jednocześnie tak odległa. Spojrzał na jej różowiutkie usta, które niegdyś obdarzył słodkim pocałunkiem. Pamiętał tą chwilę jakby to było wczoraj. Czy to możliwe, że w tym okrutnym, bezdusznym potworze krył się dawny, czuły, wrażliwy chłopak o sercu pięknym niczym woń kwitnących kwiatów? Czy możliwym jest by chłodny lód z jego skamieniałego serca zaczął się topić? Tak bardzo ją pamiętał, a ona nawet nie miała pojęcia kim on jest. Cierpiał przez ich rozstanie, uciekał od przeszłości. Aż nagle spotkali się. Czy to przeznaczenie? Chłopak pogłaskał Nadię po policzku patrząc jej w oczy z ciepłem, które było mu obce do tej pory. 
-Zrobić to czy nie? - szyderczo się uśmiechnął do Nadii. 
-Ale co? - spytała zdziwiona. 
-A zresztą. I tak potem niczego nie będziesz pamiętała... - odrzekł aksamitnym tonem. Poraz kolejny spojrzał na jej wargi. Chciał ich spróbować. Nawet sam nie wiedział dlaczego. Nie miał pojęcia dlaczego chciał to zrobić. Coś go do tego popychało. Pochylił się i przybliżył swą twarz do jej. Po czym powolutku zaczął przybliżać swoje rozchylone wargi do jej ust. A potem...

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział 1

Rozdział 1 "Nie pamiętam Cię, ale nie potrafię Cię zapomnieć..."

Nadia właśnie dochodziła do domu. Przekroczyła próg drzwi. I wbiegła po schodach na górę. Otworzyła drzwi do swojego pokoju i rzuciła się na obszerne łóżko. Płakała. Znowu. Jednak nigdy nie płakała przy przyjaciołach. Nie chciała, by widzieli. Jednak gdy przekraczała próg drzwi swojego pokoju, z energicznej, wesołej dziewczyny zmieniała się w smutną, płaczącą i melancholijną. Zawsze tak się czuła. Tak naprawdę zawsze grała, udawała... Na codzień nosiła maskę. Jednak pod jej fałszywym uśmiechem krył się smutek i grymas bólu. Jej przyjaciele to zauważyli. Inne osoby poprostu nabierali się na jej uśmiech. Ale ona często płakała. Zawsze gdy nikt nie widział, po cichu płakała. Płakała, bo czuła pustkę, jak gdyby straciła część siebie. Czuła ogromną stratę i tęsknotę. Nawet nie wiedząc za kim. Nie wiedziała za kim tęskni i kogo straciła. Nic nie pamiętała. Nikt z rodziny nie chciał powiedzieć jej o  przeszłości. Nic nie wiedziała na temat swojej przeszłości. Jej życie nie było łatwe. Około dwa lata temu doszło do wypadku, w którym Nadia brała udział. Po wypadku nic nie pamiętała i nie była w stanie niczego sobie przypomnieć. Lekarz zapewniał, że to krótkotrwała amnezja. Mówił, że wkrótce wszystko sobie przypomni. Minęły już dwa lata i nic takiego się nie wydarzyło. Przez tamten wypadek dwie przeznaczone sobie osoby zostały rozdzielone. Gdy chciała się czegokolwiek dowiedzieć o swojej przeszłości, jej matka nie odpowiadała albo zmieniała temat. Tak samo postępowali pozostali członkowie rodziny. Wiedziała tylko tyle, że miała wypadek, po którym zapadła w śpiączkę i straciła pamięć. Nic nie pamiętała o swoim życiu. Nie pamiętała swoich przyjaciół, swojej szkoły, swoich wspomnień. Nie pamiętała niczego. Właśnie dlatego musiała się wyprowadzić z miasta, by zacząć wszystko od nowa. Samotnie, bez dawnych znajomych. Nadia miała bardzo słaby organizm, być może dlatego po tym wypadku wynikły takie konsekwencje związane z jej zdrowiem i psychiką. Dziewczyna była teraz zagubiona, zdezorientowana. Czuła się jak w jakimś labiryncie. Czuła w sobie tą blokadę, za którą kryły się jej wszystkie wspomnienia. Jej największym pragnieniem było jej złamanie. Jednak nie potrafiła jak. Chciała sobie przypomnieć, tak bardzo chciała pamiętać... Ale nawet nie wiedziała co albo kogo. Jednak zawsze czuła, że na tym świecie jest osoba o której powinna pamiętać...
Nadia podeszła do lustra i spojrzała prosto w oczy ponurej dziewczynie z odbicia. To nie była ta sama Nadia co sprzed dwóch lat. Nie... To nie była ona. Dziewczyna spoglądała głębokim, spojrzeniem, błękitnym niczym głębia oceanu. To już nie były te same, dziecięce oczy. Teraz te oczy były pełne goryczy i ironii. Można w nich było dostrzec siłę i upartość. A przede wszystkim pewność siebie. W jej spojrzeniu nie było widać strachu ani lęku tak jak kiedyś. Wręcz przeciwnie. Jej spojrzenie wyrażało pewność i spontaniczność. Jej delikatne usta niegdyś  uśmiechnięte, teraz były zaciśnięte w wąską linię. Jej blade policzki były zalane łzami. Taka była Nadia. Silna, uparta, pewna siebie. Nie bała się niczego. A jednak jej wrażliwość pozostała taka sama jak przedtem. Jej jasne włosy, które niegdyś przypominały złociste loczki anioła, były proste i długie, ale teraz były w nieładzie. Blondynka usiadła na łóżku, wzięła do dłoni granatowy notes w sztywnej okładce i zaczęła pisać.

Drogi pamiętniku !          
Mam mętlik w głowie. Jak zwykle płaczę, nie wiedząc nawet dlaczego. Czuję się rozdarta. Czuję w sercu ból. Nie mam pojęcia dlaczego. Jednak jestem prawie pewna, że to ma coś wspólnego z moją przeszłością. Ciągle za nim tęsknię... CO?!  Nawet nie wiem dlaczego to napisałam, to nie ma sensu. Jak tak dalej pójdzie to oszaleję. Czuję się jak w labiryncie. A jeżeli nie dowiem się o swojej przyszłości to nigdy się z niego nie wydostanę. Usiłuję sobie przypomnieć. To na nic. Dlaczego ciągle czuję w sercu pustkę?!  Dlaczego mam wrażenie, że straciłam kogoś ważnego?! Dlaczego do cholery nie mogę normalnie funkcjonować?!  Jeżeli tak dalej pójdzie to zgłaszam się do psychiatry!!!

To ostatnie zdanie Nadia napisała wzdychając ze zniecierpliwieniem. Wstała rzucając notes w kąt i roześmiała się sztucznie.
-Co się ze mną dzieje?! - mruknęła sama do siebie zamykając drzwi i schodząc po schodach...
-Nadia!
-Czego?! - wydarła się zdenerwowana.
-Musimy porozmawiać... - rzekła kobieta o grubym głosie. Jej ton nie wróżył niczego dobrego. Nadia dobrze o tym wiedziała.
-Mhm... - mruknęła znudzona dziewczyna schodząc na dół.
Gdy weszła do ciemnego salonu zastała swoją matkę, Amy. Kobieta była zestresowana, w jej brązowych oczach widać było smutek jak i zarówno troskę.
-Nadia... - zaczęła łagodnie. - Myślę, że powinnaś już wrócić do szkoły.
-Nie mam ochoty!!!
-Nadia... Proszę cię. Posłuchaj mnie. Całe dnie spędzasz w swoim pokoju. Nie wychodzisz z domu, nie chodzisz do szkoły. Jesteś inna... Zupełnie cię nie poznaję.
-Och, naprawdę?!-spytała ironicznie.  -Przepraszam w takim razie, że nie pamiętam niczego ze swojej przeszłości!!! Przepraszam, że nie pamiętam nawet tego jaka byłam dwa lata temu!!!
-Nadia! To nie ma z tym nic wspólnego!
-Owszem mamo ma! I to dużo!  Gdybym wiedziała jaka byłam, gdybyś opowiedziała mi chociaż trochę o mojej przeszłości! Było by inaczej!
-Dosyć tego! - Amy straciła cierpliwość. - Od jutra idziesz do szkoły! Trzy tygodnie to trochę za dużo! - wykrzyczała po czym wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Nadia stała jak wryta. Nie wiedziała co powiedzieć. Złość w niej wzrosła. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciała wykrzyczeć jej prosto w twarz co myśli. Ale się powstrzymała. Ona nic nie rozumiała. Nie miała pojęcia co czuje jej córka. Ale Nadia potrafiła dziś zapanować nad emocjami. Poprostu usiadła i rozmyślała. Jutro po trzech albo czterech tygodniach ma wrócić do szkoły. No trudno. Ten czas nadszedłby wcześniej czy później. Da sobie radę. Przecież to tylko durna szkoła. Nie będzie się uczyć jeśli nie będzie miała na to ochoty. Dobrze wiedziała, że od jutra będzie prowadzić nudne i monotonne życie szkolne. Na codzień będzie się uczyć, chodzić do szkoły, i tak w kółko, zawsze to samo. Jednak wiedziała, że da radę. Przetrwa. Przecież była silna i wytrwała... To tylko nudna szkoła. Jej życie nie ulegnie diametralnej zmianie po jakimś zwyczajnym dniu w szkole...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nathan właśnie poraz pierwszy miał wejść do domu, który nie dawno kupił. Mimo tego, że regularnie zmieniał miejsce zamieszkania, w Londynie postanowił zamieszkać na dłużej. Oczywiście miał zamiar się po jakimś czasie wyprowadzić. Patrzył na piękny, duży dom urządzony w takim stylu jaki on lubił. Był zadowolony, że będzie mieszkał sam. Wszedł do środka o rozejrzał się. Wszystko było idealne. Postanowił odprężyć się I obejrzeć coś w telewizji. Nathan. Oschły, okrutny, nieczuły. Patrząc na niego nikt nie mógłby uwierzyć, że niegdyś był on dobry, wrażliwy i szlachetny. Jego czarne oczy od których bił lodowaty chłód były doskonałym odzwierciedleniem jego twardego serca okutego lodem. Spojrzenie miał mroczne i przenikliwe, wręcz przerażające. Jego oczy niegdyś były pełne ciepła, radości. To przeszłość. Włosy, czarna grzywka ułożona w nieładzie. A cera blada, wręcz biała. Wyglądał tak mrocznie. Niczym młody demon. Taki właśnie był. Nic nie czuł. Nie był w stanie kochać. W przeszłości tyle się nacierpiał. Teraz poprostu był bezemocyjny i nic go nie obchodziło. Ludzi uważał za zabawki, które każdy ma prawo psuć. Takie było jego teraźniejsze usposobienie. Bezduszny, nieczuły kłamca.
Gdy siedząc na kanapie oglądał telewizję nagle usłyszał jak ktoś naciska klamkę od drzwi wejściowych. W pokoju było bardzo ciemno. Wyłączył telewizor. Jego twarz nie drgnęła. Wydawał się być poprostu znudzony. Wstał, by "przywitać" gościa. Do pokoju zmierzała tajemnicza postać. Słychać było rytmiczny odgłos stawianych przez niego kroków. Aż w końcu stanął przed drzwiami.
-Witaj Nathanie! - zza drzwi wyłoniła się silna, mocno zabudowana sylwetka. Mężczyzna mówił głębokim głosem pełnym powagi. Prawym ramieniem opierał się o framugę drzwi i przyglądał się Nathanowi ze skupieniem. Włosy miał o kolorze ciemnego blondu, oczy czarne, podobne do oczu Nathana.
-Co ty tu robisz? - odrzekł Nathan szorstkim głosem. W jego oczach widać było gniew. Jednak był opanowany. To opanowanie nadawało mu jeszcze więcej mroku.
-Jako twój starszy brat, będę z tobą mieszkał i opiekował się tobą.
-Chyba sobie żartujesz?! - spytał śmiejąc się ironicznie.
-Nie... - jego rozmówca nadal zachowywał powagę.
-Pff... Rób se co chcesz...
-Od jutra będziesz chodził do szkoły.-odrzekł poważnie.
-Teraz to ty chyba naprawdę sobie żartujesz! - krzyknął Nathan. Nienawidził gdy ktoś miał nad nim dominację. Nie cierpiał gdy ktoś mu rozkazywał lub decydował za niego. Nienawidził tego...
-Musisz żyć jak normalny człowiek. -Nic nie muszę! Poza tym ja nie jestem...
-Nie obchodzi mnie to!
-Jason!!! - krzyknął Nathan.
-Dosyć tego. Będziesz robił to co ja Ci każę. Zachowujesz się jak ostatni gówniarz! - Jason wyszedł zamykając za sobą drzwi z mocnym impetem nimi trzaskając.
-Jeszcze zobaczymy... - mruknął Nathan intrygująco. Chłopak nienawidził tego gdy ktoś mu rozkazuje, a gdy działo się coś co mu nie pasowało był gotowy się zemścić. A jego zemsta... Jego mściwości nic nie było w stanie opisać. - Jeszcze się policzymy... - mruknął złowrogo, a jego przerażające oczy aż płonęły mściwością.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nathan właśnie mijał ogromny park. Majowe powietrze wwiewało w jego bujną fryzurę targając ją w nieładzie. Mimo to wyglądał jak młody bóg. Przystojny, o przenikliwym, głębokim spojrzeniu. Ubrany był w czarne, modne, jeansy i ciemną koszulę. Czarny ubiór doskonale kontrastował z jego bladą karnacją i nadawał mu jeszcze bardziej mroczny wygląd. A jego oczy... Ciemne i głębokie niczym czarny ocean. W jego pięknym, mrocznym spojrzeniu można się było utopić. Szedł wolnym krokiem, był zniechęcony. Starszy brat "zmusił" go do zapisania się i uczęszczania do szkoły. Czuł się upokorzony i czuł jak każda jego cząstka ciała wypełniona jest chęcią zemsty.
"Jeszcze mnie popamięta i pożałuje... "Jego rozmyślania nad okrutną zemstą przetrwały dochodzące z korytarza krzyki, wrzaski, śmiechy i różne inne odgłosy. Istne zoo. Dopiero w tej chwili Nathan zdał sobie sprawę z tego, że właśnie wszedł do tego okrutnego zoo, jakim była szkoła. Korytarz był duży, i zaludniony przez "zwierzęta". Prawie wszędzie były duże okna, a na wprost znajdował się kolejny korytarz ze schodami prowadzącymi na kolejne piętro. Nathan kierował się w lewo, bowiem kierował się do gabinetu dyrektorki, by załatwić jeszcze jakieś formalności związane z zapisem do szkoły. Och! Najchętniej to by wcale tych durnych papierów nie wypełniał! Wyrzuciłby je i miałby spokój. Jednak narazie stosował się do zasad postawionych przez starszego brata. Jason był rygorystyczny, ale w odróżnieniu do Nathana był dobry. Ale Nathan tego nie rozumiał. Nie wiedział co to znaczy być dobrym, nie miał pojęcia jak to jest kogoś kochać i być szlachetnym i godnym zaufania. To znaczy... Może kiedyś wiedział. Ale teraz... Właśnie szedł korytarzem, gdy nagle "zoo" ucichło. Uczniowie zmieszani zaczęli nerwowo spoglądać po sobie. Dziewczyny patrzyły się na Nathana z uznaniem, inne z zadziwem. Chłopcy wytrzeszczyli szeroko oczy. Oczywiście Nathan nawet nie zwrócił na to uwagi. Ba! On nawet nie obejrzał się za żadną z dziewczyn próbującą zwrócić na siebie jego uwagę uśmiechając się do niego. Napewno wszystkie poczuły się urażone. Nathan naprawdę się wyróżniał. Nie wyglądał jak normalny śmiertelnik. I nie czuł, że dopasuje się jakoś do tego stada dzikich małp. Chciał stąd jak najszybciej uciec. Rozejrzał się po korytarzu. Z korytarza wychodziła grupka jakichś dziewczyn. I właśnie wtedy zobaczył... ją.... Doznał szoku. Stanął jak wryty i szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Odebrało mu mowę. Jednak trwało to tylko chwilę, zaraz potem się opanował. Blondynka szła w stronę sali biologicznej. Trzymała w ręku jakieś książki. Ubrana była w białą bluzkę w granatowe paski i pomarańczowe rurki. I właśnie wtedy ona także się odwróciła, a jej wzrok powędrował tuż na wprost jego czarnych, mrocznych oczu. Dziewczynę sparaliżowało to przeszywające, mordercze spojrzenie. A on... Na zewnątrz nie dał tego po sobie poznać, jednak w środku... Przez chwilę obudził w sobie namiastkę tamtego siebie. Nie widział jej tyle czasu. Wyprowadził się. Od tamtego wydarzenia nigdy jej nie zobaczył. Co jakiś czas zmieniał miejsce zamieszkania. Uciekał, nie zdawając sobie z tego sprawy. Wyjechał do Londynu tylko po to żeby być jak najdalej niej. Ona także wyjechała, by być jak najdalej niego. Tylko nie zdawała sobie z tego sprawy. A teraz nagle po takim czasie spotkali się. Przypadkowo. To był dziwny zbieg okoliczności. Nadia patrzyła mu teraz głęboko w oczy nie potrafiąc odwrócić wzroku od tego morderczego spojrzenia pełnego grozy, lodu i chłodu. A on... Jego serce na moment drgnęło.
"Na litość boską, przecież to niemożliwe! Nie kocham jej, nie mam emocji! " Krzyczał do siebie w myślach. A jednak gdy ją teraz zobaczył przypomniał mu się jego aniołek. Jego oczko w głowie. Jego kruchy i delikatny aniołek, za którego Nathan był w stanie oddać życie. Teraz jego aniołek był tuż przed nim w zasięgu jego wzroku. Wystarczyło tylko kilka kroków, by móc do niej podejść i dotknąć ją. Co teraz Nathan zrobi? Podejdzie do niej? A może jej coś powie? Jednak chłopak odwrócił wzrok i odszedł jak gdyby nigdy nic... "Przecież nic do niej nie czuję. Ona jest marnym, zwyczajnym człowiekiem, normalnym zwierzęciem zamieszkującym tą planetę. Zwykła tępa, nic nie warta istota rasy ludzkiej. Udowodnię sobie, że nic dla mnie nie znaczy..." pomyślał Nathan i spowrotem obojętny na wszystko beztrosko powędrował do gabinetu dyrektorki...

sobota, 7 czerwca 2014

Prolog

PROLOG 

-Kocham Cię... - odrzekł przenikliwie patrząc jej w oczy. W jego oczach można było dostrzec radość i miłość. Był szczęśliwy. Szczęśliwy jak nigdy dotąd. Jego gorące serce wypełnione radością biło już tylko dla niej. Trzymał ją mocno za ramiona i patrzył jej głęboko w oczy. Za każdym razem patrzył na nią jak gdyby widział ją poraz pierwszy. A jego oczy zawsze wpatrzone były w jej błękitne tęczówki. Ona stała ze swobodnie opuszczonymi dłońmi i spoglądała na niego szeroko otwartymi oczami. A oczy miała piękne. Niczym małe niemowlę. Spojrzenie miała dziecka. Jej oczy krystalicznie niebieskie niczym małe ogniki wyglądem przypominały dwa brylanty. I właśnie te oczy teraz uroniły łzę, która spłynęła po jej bladym kaszmirowym policzku. On uniósł swą dłoń i delikatnie opuszkami palców przejechał po jej gładkim, dziecięcym policzku, ocierając jej łzę. Ona milczała i nic nie mówiła. Nie była w stanie czegokolwiek powiedzieć. Jej różowiutkie wargi nawet nie drgnęły. On przytulił ją mocno, a ona nadal stała w bezruchu. Ale drgnęła. Ten czuły gest był tak niespodziewany. A jednak gdy ją objął, zalała ją fala przyjemnych uczuć. W jego objęciach czuła się bezpiecznie jak przy nikim innym. Jednak w dalszym ciągu nie była w stanie się ruszyć. On objął ją mocniej, a ona... Z jej ślicznych, dziecięcych oczu ponownie wypłynęła łza.
-Kocham Cię... - szepnął poraz kolejny drżącym, aksamitnym szeptem.-kocham Cię, kocham Cię! 
-Przecież nawet mnie nie znasz. Nic o mnie nie wiesz... - wreszcie odezwała się swoim cieniutkim, dziecięcym szeptem. Uroniła kolejną łzę. 
Ona...W jego oczach była taka delikatna, taka krucha. Sprawiała wrażenie małej dziewczynki, bezsilnej, niewinnej. W jego oczach zawsze taka pozostanie. Czuł, że chciałby ją ochronić, że chciałby być jej ochroniarzem, opiekunem, wybawcą. 
On... Był silny, ale bardzo wrażliwy. Dobry i szlachetny. Jak żaden inny człowiek... 
-Wiem o tobie wszystko... - objął ją mocniej, jednak nie tak mocno jak chciał. Jak gdyby obawiał się, że pod silniejszym uściskiem jego kochany aniołek obróci się w proch i zniknie.-zawsze Cię obserwowałem. Byłem przy tobie wtedy kiedy ty nie zdawałaś sobie z tego sprawy... Wiem o tobie wszystko. Wszystko... Wiem jaka jesteś, co najbardziej lubisz, jak spędzasz wolny czas...-teraz i on się wzruszył i uronił łzę. Ani na moment nie przestał jej obejmować. A ona stała i nawet nie drgnęła. Stała nieruchomo niczym mała, porcelanowa lalka. 
-Dlaczego? - spytała swoim cieniutkim głosikiem. 
-Cały czas cię obserwowałem. Nawet o tym nie wiedziałaś. Zaintrygowałaś mnie. Byłaś inna niż wszystkie dziewczyny. Poprostu bardzo chciałem cie poznać... - Zamknął oczy i wtulił się w jej ramię. Ona podniosła swoje delikatne dłonie i leciutko go przytuliła... 
-Ja... - zaczęła cichutko.-od zawsze Cię podziwiałam... Bardzo chciałam cie poznać. Jesteś niesamowity...-On drgnął. Zaśmiał się... Był taki szczęśliwy. 
-Naprawdę tak uważasz? - spytał patrząc na nią oczyma wypełnionymi radością i szczęściem. Czuł, że nigdy nie był tak bardzo szczęśliwy jak teraz. Wiedział, że ten mały aniołek jest dla niego kimś bardzo ważnym. Jednak nie rozumiał dlaczego. Pragnął być przy niej i móc ją zawsze chronić. Chciał być jej opiekunem, jej aniołem stróżem. Dla tej kruchej, delikatnej dziewczyny mógłby skoczyć w ogień. Czuł, że mógłby oddać za nią życie. Był gotów za nią umrzeć. Zawdzięczał jej tak dużo. To dzięki niej nie oszalał. Wtedy... To właśnie ona go "uratowała".  To właśnie dzięki niej przetrwał. Dla niego ona będzie zawsze wyjątkowa. Zakochał się w niej. On wiedział o niej wszystko, ona o nim niewiele... 
-Tak. Naprawdę tak uważam... - powiedziała wreszcie. I wzruszyła się. Czuła się jak gdyby śniła. Miała wrażenie, że za moment otworzy oczy, a jej książę zniknie i już go nigdy nie zobaczy. W jej oczach on był księciem. Silnym, wytrwałym, niesamowitym. Zawsze taki był. Mimo tego, że niewiele o nim wiedziała, zawsze czuła się przy nim bezpiecznie. A w jego objęciach czuła się idealnie. Zupełnie jakby jego silne ramiona były specjalnie stworzone do tego, by ją trzymać w ramionach. Ona od zawsze go podziwiała. Nie miała pojęcia, że on także ją podziwiał... 
On... Silny, porywaczy, często robił coś pod wpływem emocji, a jednak bardzo sympatyczny. Osoba podziwiania wśród wielu ludzi. Popularny w szkole. Przystojny, inteligentny i wrażliwy. Taki właśnie był On... 
A ona... Mimo to, że również miała 15 lat była jak mała dziewczynka. Zawsze potrzebująca opieki. Sprawiała wrażenie dziecka. Wydawała się być krucha i delikatna. Mała i niewinna. Była cicha i nieśmiała. Jak gdyby zamknięta w sobie. Inna niż wszystkie dziewczyny... Taka właśnie była Ona... 
Obydwoje byli przeciwieństwami. Różnili się pod wieloma względami. Jednak ich miłość była inna... Zupełnie inna niż wszystkie. Była taka niepozorna. On poprostu ją kochał, chciał być przy niej i ją chronić. Nie oczekiwał niczego wzamian. Znał ją bardzo dobrze, zawsze ja obserwował. Jednak ona słabo znała jego... A także nie wiadomo dlaczego, dażyła go uczuciem... Tak to się właśnie zaczęło. Dwa serca, które spotkały siebie na swojej drodze. Gdy byli razem czuli się pewnie, gdy byli osobno czuli pustkę i niepewność. Czy byli sobie przeznaczeni? Dlaczego los postanowił połączyć tak różnych ludzi? Jednak to była prawdziwa miłość. Prawdziwe uczucie, które wypełniało ich młode serca nadając ich życiu różnych barw. Ich miłości nie są w stanie opisać słowa... 
To było dawno... Teraz ta dziewczyna jest zupełnie inna. Mieszka w innym miejscu. Czuje się pusta, jak gdyby straciła cześć siebie. Nawet nie wie dlaczego. Nic nie pamięta. Nie pamięta go. Nie ma pojęcia o istnieniu kogoś kto był jej przeznaczeniem... Ciągle tęskni. Nie wiedząc nawet za kim. Ciągle czuje pustkę, nie wiedząc nawet po kim. Czuje się jakby straciła kogoś bardzo ważnego, ale nawet nie na pojęcia kogo...
A on... Także jest inny. Jego wrażliwość i szlachetność zniknęła. Nie jest taki jak kiedyś. Błąka się po różnych miejscowościach. Ciągle ucieka. Ucieka nie zdając sobie z tego sprawy, że to robi. Nawet za nią nie tęskni... Nie ma już uczuć, nie jest w stanie kochać, nie potrafi czuć. Wyłączył w sobie emocje. Ale ją pamięta. Nigdy jej nie zapomni. Mimo tego, że nie ma emocji. W głębi jego twardego serca tli się  nadzieja. W głębi jego skamieniałego serca być może jest gdzieś schowany dawny on. Być może kiedyś obudzi w sobie dobro i emocje... Być może w przyszłości zrozumie jak bardzo ją kocha i jak bardzo mu jej brakuje. Jest oschły, nieczuły, okrutny... Zupełnie inny. Po jego dobroci nie zostało nawet śladu. Jego wrażliwe i czułe serce poprostu znikło. Na jego miejscu pojawiła się skała. Twarda skała okuta zimnym lodem... Dlaczego taki się stał? Dlaczego "zabił" samego siebie? Otóż to wszystko przez tą okropną stratę. Cierpiał, płakał. Ciął się. Był nieszczęśliwy. Tęsknił za nią. Nie był w stanie żyć bez niej. Zbyt bardzo ją kochał. Zbyt bardzo się w niej zakochał. Zbyt bardzo czuł brak po jej stracie. Gdy tylko o niej pomyślał czuł jak gdyby ktoś rozrywał mu serce. Wkrótce jego serce poprostu zamarzło i skamieniało... 
Oboje są daleko od siebie... Czy już nigdy się nie spotkają? Czy ta wyjątkowa miłość musiała się tak zakończyć? Czy nie mogło być inaczej? Widocznie los tak chciał... Ale obydwoje są teraz wytrwali i są w stanie sprzeciwić się przeznaczeniu...