sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 3

Rozdział 3 "Sen..." 

(Rozdział dedykowany mojej przyjaciółce Sygi, za to, że ci się to podoba <3)

-Zrobić to czy nie? - szyderczo się uśmiechnął do Nadii.
-Ale co? - spytała zdziwiona.
-A zresztą. I tak potem niczego nie będziesz pamiętała... - odrzekł aksamitnym tonem. Poraz kolejny spojrzał na jej wargi. Chciał ich spróbować. Nawet sam nie wiedział dlaczego. Nie miał pojęcia dlaczego chciał to zrobić. Coś go do tego popychało. Pochylił się i przybliżył swą twarz do jej. Po czym powolutku zaczął przybliżać swoje rozchylone wargi do jej ust. A potem... Wreszcie obnażył swe długie kły i zatopił je w jej bladej szyi. Właśnie to chciał zrobić. Delektować się jej ciepłą krwią. Cieszyć się jej cudownym smakiem. Trzymał teraz swoją zdobycz mocno w ramionach i wysysał z niej krew. Nadia tylko odchyliła głowę delikatnie w tył i westchnęła. Nie wydała z siebie nawet jednego dźwięku. Dziewczyna nawet nie dbała o to co przed chwilą zrobił nieznajomy. Miała to kompletnie gdzieś, po prostu nie obchodziło ją to, że właśnie się ujawnił. Nathan dobrze wiedział, że dziewczyna nie będzie ani trochę zdziwiona. Przecież Nadia była pod wpływem alkoholu, miała za sobą co najmniej kilkanaście drinków. Ale nie przewidział jednego... Coś co do tej pory wyczuł w każdej jego ofiarze. Był to instynkt samoobrony, odruchowego strachu, chęć bronienia się przed przeciwnikiem, po prostu automatyczny strach... U Nadii tego nie było. I wyczuł żadnego strachu... Nie bała się go, nie chciała się bronić. Wręcz przeciwnie. Czuła się rewelacyjnie podczas tego gdy wampir wysysał z niej krew odbierając jej powoli życie. Czuła relaks, błogość, ale nie przerażenie. Nathan upajając się jej krwią czuł jej emocje. Poczuł także zniewalającą siłę jej charakteru. Czuł ekstazę, jak nigdy dotąd. Jej krew działała na młodego wampira jak narkotyk. Nie mógł się od niej oderwać, nie potrafił... Ale nie wiedząc dlaczego nie chciał jej zabić. W głębi serca wcale tego nie chciał. Jednak... Przycisnął ją mocniej do siebie, tak, że dziewczyna całym swoim ciałem przylegała do niego. Nadię przeszły przyjemne dreszcze podczas gdy Nathan pił jej krew. Chłopak poczuł uderzającą siłę jej osobowości, a także uczucia jakie męczyły ją przez kilka lat. Smutek, niewyobrażalna rozpacz i tęsknota za kimś bardzo ważnym. Pustka w sercu, nieszczęście...Miłość, bo kochała go. Do niego należało jej kruche, mocno bijące serduszko. Nieświadomość tego kim jest osoba za którą tak tęskni. Ale Nathan wiedział. Gwałtownie przestał pić jej krew... Złapawszy ją za ramiona spojrzał jej w oczy. Te pełne bólu i tęsknoty oczy, które patrzyły na niego wzrokiem pozbawionym przerażenia. Te błękitne niczym tafla jeziora oczęta, które były głębokie niczym głębia oceanu patrzyły w czarne, wampirze oczy nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Te niewinne śliczne oczy niczym dwa brylanty uroniły właśnie łzę. Łza spłynęła po jej bladym policzku, jednak spojrzenie nadal miała pewne i przenikliwe. Nathan był zdezorientowany. A raczej oszołomiony. Kim ona do cholery jest?! Dlaczego się nie boi?!
-Dlaczego się nie boisz? Przecież mogę cię w każdej chwili zabić. To irytujące... - udał znudzonego.
-Dlaczego mam się bać? - spytała zdziwiona i pełna spokoju. Jej głos był delikatny i kojący. Nie było w nim słychać strachu.
-Bo jestem potworem?! Mogę Cię zabić... Właśnie uświadomiłem ci, ze jestem wampirem, a ty masz to w dupie...
-Nie jesteś potworem... Jesteś po prostu samotny... - odrzekła przejechawszy delikatnie palcem po jego chłodnym wampirzym policzku. A Nathan był w szoku. Zamurowało go. Nie wiedział co z siebie wydusić. Patrzał na nią spojrzeniem pełnym zaskoczenia a także krzty bólu i odrobiną... No właśnie czego? Jakie emocje mogłoby wyrażać spojrzenie podłego bezemocyjnego wampira? Być może była to cząstka miłości, gdyż w jego spojrzeniu krył się dawny on. Szlachetny człowiek, wrażliwy, pełny miłości i zrozumienia... Nathan otrząsnął się. Zamrugał nerwowo i oparłszy swoje zimne czoło o jej gorące czoło zaczął mówić.
-Kim ty do cholery jesteś, że masz na mnie tako wpływ? - mruknął. - czuję się jakbym był twoim niewolnikiem... Ale dlaczego się mnie nie boisz? - spytał spokojnie.
-Nie boję się, bo... po prostu nie mam czego się bać. Sama chcę umrzeć dlatego możesz mnie zabić, zrobić ze mną co chcesz. A ja mimo to nie będę się bała. Bo... Bo... - złapała tchu patrząc mu głęboko i pewnie w oczy. - Bo...
-Bo? - spytał lekko zbity z pantałyku.
-Bo... Bo mnie kochasz...
-Słucham?! - przez chwilkę, dosłownie chwilkę jego serce drgnęło jak gdyby poruszone jej ciepłymi słowami. Jej słowa podziałały na niego jak zimne wiadro wody. A jednak nie mógł pogodzić się z tym, że dziewczyna ma rację... NIE! to niemożliwe... - Niby skąd taki chory wniosek?
-Uratowałeś mnie... To chyba świadczy o tym, że mnie kochasz...
-Ty naprawdę za dużo wypiłaś. Poza tym to, że cię uratowałem nie znaczy, że cię kocham.
-Więc dlaczego to zrobiłeś?
-Zrobiłem to, bo... - i tu się zatrzymał zdziwiony faktem iż nie znał odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego to zrobił?! Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. - Sam nie wiem dlaczego...
-Dlaczego? - spytała ponownie wreszcie siadając na skraju dachu i patrząc w gwiazdy.
-Uważaj, bo spadniesz! - podszedł do niej i złapał ją w talii.
-Dlaczego się o mnie martwisz? - spytała z satysfakcją w głosie.
-Nie martwię... - Nathan ponownie odpowiedział suchym tonem, jednak musiał się wysilić, by owym szorstkim tonem to powiedzieć. Był pewien, że gdyby był człowiekiem napewno spaliłby buraka na twarzy... No właśnie... Gdyby był człowiekiem...
-W takim razie jesteś zboczuchem... - zaczęła śmiejąc się.
-Dlaczego tak uważasz?! - zapytał oburzony zapominając o swojej oschłości.
-Szukasz tylko okazji, by móc mnie złapać za cycki.- w tej chwili Nathan uświadomił sobie, że trzyma swoje dłonie w okolicach jej piersi. Jego mina... Po prostu bezcenna...
-Dobra... Trzymajmy się tej pierwszej wersji.
-Więc dlaczego się o mnie martwisz i nie chcesz mnie zabić?
-Oj mylisz się. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo w tej chwili mam ochotę cię zabić... - powiedział ironicznie. Nadia roześmiała się.
-Bo... - Nathan nie wiedział co powiedzieć, ale wkrótce coś wymyślił. Usiadł obok niej i zaczął. - Przypominasz mi kogoś...
-Kogoś kogo kochałeś? - spytała upewniając się.
-A podobno tylko wampiry potrafią czytać w myślach. - ironia w tonie jego głosu była bardzo wyraźna.
-Opowiedz mi o niej...
-Nie...
-No proszę.
-A zresztą i tak jutro niczego nie będziesz pamiętała...  Poza tym już mi nawet na niej nie zależy...
-Ale kiedyś zależało. Poza tym mam dobrą pamięć.
-Gdybyś miała taką dobrą pamięć to byś o mnie nie zapomniała... - odrzekł smutno z ukłuciem żalu w sercu, które było mu do tej pory obce.
-Co?
-Nieważne... Zaczynam opowieść  To było kiedyś... Zależało mi na niej. I to bardzo. Za bardzo. Ale potem ona miała wypadek i zapadła w śpiączkę na kilka lat. Potem nie pamiętała niczego i nie miała pojęcia kim jestem. Koniec... Zadowolona?!
-Nie. Jak ona miała na imię?
-Tak jak ty...
-A przypominała mnie?
-Była mniej irytująca...
-Naprawdę?
-Na niby...
-To co teraz zrobimy? - spytała zamyślona.
-Ty rób co chcesz, ja nie mam ochoty na durne podchody z pijanymi dziećmi... - wstał i zaczął odchodzić w stronę wyjścia. Dziewczyna także wstała, ale stanęła w miejscu. Nathan szedł, ale zatrzymał się, westchnął i gwałtownie zawrócił. Coś kazało mu "to" zrobić. Schwycił mocno jej delikatne ramiona zaciskając pięści i oparł swoje czoło o jej spoglądając jej w oczy. Uśmiechnął się ukazując tym namiastkę dawnego siebie. Patrzył jej w oczy, po czym powolutku, delikatnie musnął jej wargi. Nie wiedział dlaczego to zrobił. Coś go do tego popchnęło. Jednak to nie był pocałunek. On po prostu delikatnie musnął jej wargi. Tak po prostu. Chciał to zrobić więc zrobił. Chociaż zupełnie nie miał pojęcia dlaczego tego chciał... Spojrzał jej przenikliwe w oczy. Jego tęczówki zmieniły kolor na intensywniejszy, a przy źrenicach stały się szmaragdowo-czerwone.
-Bezpiecznie wrócisz do domu. Zapomnisz o tym, że cię ugryzłem i o tym kim jestem. Zapomnisz o... O pocałunku i już nigdy nie będziesz próbowała się zabić. - powiedział to szybko na jednym tchu, po czym zakończył swą hipnotyzację i wreszcie wyszedł zostawiając Nadię samą.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Kocham cię! - powiedział swoim delikatnym niczym aksamit głosem spoglądając jej przenikliwie w oczy. Jego oczy były koloru czarnobrązowego. Miały jednak w sobie dużo radości, siły i optymizmu. I bardzo dużo miłości, którą chciał jej ofiarować. Nadia patrzyła mu w oczy, próbując sobie przypomnieć kim on jest. Jednak nie potrafiła go skojarzyć.
-Przecież nawet mnie nie znasz... - odrzekła cichutko swym cienkim głosikiem.
-Wiem o tobie wszystko. Zawsze cię obserwowałem. - Nadia drgnęła. Chłopak wiele dla niej znaczył. Czuła to, że w przeszłości był dla niej kimś ważnym. Patrząc mu w oczy poczuła jak serce jej dygocze. Te czarne oczy... Gdzie ona je widziała?  Przystojny młodzieniec o głębokim jak ocean spojrzeniu pochylił się nad nią i zamknąwszy oczy zaczął powoli przybliżać swoje wargi do jej rozedrganych ust. Ona zahipnotyzowana jego urokiem także zamknęła oczy nie będąc w stanie myśleć o czymkolwiek innym niż o jego obecności. Zanim je jednak zdążyła zamknąć, kątem oka dostrzegła jak chłopak obnażył swe długie kły, jego oczy zmieniły barwę na intensywną czerwień i ugryzł ją brutalnie wbijając swe długie, ostre kły w jej delikatną szyję... A potem...A potem wreszcie się obudziła roztrzęsiona. Wstała z łóżka i podeszła do okna, które było otwarte. Wyszła na balkon i oparwszy się o framugę, zaczęła spoglądać w gwiazdy. Wspominała dzisiejszy wieczór. Jak miał na imię tajemniczy chłopak, który ją uratował? Pamiętała wszystko prócz kilku szczegółów. Podrapała się w szyję i poczuła dwie pulsujące, jeszcze świeże ranki z których spływała krew...





I oto koniec 3 rezdziału <3 Nie togo się spodziewaliście, co nie? xD niestety zawiodłam wasze oczekiwania, wiecie o co chodzi :D Rozdział 4 przewiduję za tydzień w piątek albo     sobotę, ewentualnie w niedziele , pozdrawiam <33

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz