Rozdział 11 "Znowu Cię opuszczę... Przepraszam..."
-Och, poważnie... Znalazłbyś sobie dziewczynę... - powiedziała Ketsueki patrząc z kpiną na brata, który był rozwalony na kanapie z twarzą zwróconą ku górze. Jego brązowe, przydługawe włosy prawie całkowicie zasłoniły jego szmaragdowe, zamyślone oczy. Jego blada skóra wydawała się lśnić w świetle białego żyrandola, jego kości policzkowe były obnażone, wydawały się być trochę ciemniejsze niż jego cera. Lysander leżał zamyślony, bawiąc się guzikiem z jego do połowy odpiętej białej koszuli. Wyglądał jak anioł, inaczej nie dało się go opisać.
- Wiesz... Nadia by się nadawała. - spojrzał przelotnie na siostrę, która zesztywniała.
-No nie gadaj. Raz w życiu ją widziałeś... No błagam, czemu ta dziewczyna jest taka wyjątkowa do cholery, najpierw Jason, potem Nathan, teraz jeszcze ty... - powiedziała znudzona. Jej brat nadal patrzył się w sufit.
-Ty chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że nie mówiłem tego poważnie... Dziewczyna... Po co mi dziewczyna?! Wystarczy mi, że mam ciebie. - spojrzał na nią ciepłym wzrokiem, a ona odwzajwmniła uśmiechem.
-Wiesz, że Richard wraca... - zaczął twardo patrzeć w jej twarz. Wstał i usiadł tuż przed nią na krześle. Jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił, gdy wypowiadał to imie. Jego oczy wyrażały lekką obawę i strach. Siostra nagle spojrzała na niego z przestrachem jak gdyby nagle coś sobie uświadomiła. Coś strasznego...
-Lysander.... - zaczęła otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.
-Tak? - spytał poważnie.
-Bo... No bo...
-No wyduś to z siebie! - ponaglił siostrę.
-Może ty... Wolisz chłopców?! - spojrzała z przestrachem. Lysander przybrał pokerowy wyraz twarzy. Zaczął się na nią gapić jak na idiotkę.
-Ty... - zaczął wkurzony. - Ty... Czy ty na serio to powiedziałaś?! - Był zszokowany, że jego siostra nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Czyżby nie znała znaczeń słów: "Powrót Richarda"?! Już samo jego imię powinno spowodować u niej drżenie, dlatego Lysander patrzył teraz na nią tępym wzrokiem po prostu nie wiedząc jak się zachować.
-Richard wraca... - zaczął spokojnie patrząc w dół. - CZY TY WIESZ CO TO ZNACZY DO KURWY NĘDZY?!?! - złapał ją za ramiona mocno nią potrząsając. Teraz nie potrafił się opanować.
-Że...Jesteś gejem? - roześmiała się.
-Sue... - spuścił głowę w dół chwytając ramię dziewczyny. - Dlaczego się śmiejesz?
-Lys... Nie mówisz poważnie. Myślisz, że się na to nabiorę? To niemożliwe żeby Richard powrócił, przecież on... Nie żyje.
-Ja mówię poważnie... - uniósł głowę uporczywie patrząc jej w oczy. - Powinniśmy stąd uciekać!
-Przestań. Przecież wiesz dlaczego się tu przeprowadziliśmy... Mieliśmy zacząć wszystko od nowa, mieliśmy starać się żyć jak normalni ludzie. Już nie jesteśmy sługami Mirandy, jesteśmy wolni... Skąd wiesz o tym niby "powrocie Richarda"?
-Słyszałem... Słyszałem, że powróci, by pomścić Mirandę...
-Bzdury... A nawet jeśli to nie masz z tym nic wspólnego. - powiedziała Ketsueki obejmując brata. - Doskonale wiem co czujesz...
-Dobrze, że ta wredna suka jakoś zdechła... Jeden problem z głowy.
-Nie mów tak o niej... - Powiedziała patrząc na niego uporczywie nagle przestając go przytulać.
-Dlaczego?! - spytał zszokowany. - Wreszcie jesteśmy wolni...
-Być może i była zła, mamy prawo ją nienawidzić, ale... Nawet nie wiesz co czuła przez wszystkie lata. - odrzekła smutno.
-A kogo to do cholery obchodzi?!
~~
-Nathan? - szepnęła Nadia drżącym, pełnym obawy głosem klękając przy nim. Dziewczyna miała szeroko otwarte oczy ze zdziwienia. Dotknęła jego ramienia, jej usta drżały, serce biło ze strachu. Nie wiedziała co o tym myśleć, nie miała pojęcia co się z nim dzieje.
-Nathan, o co chodzi? - patrzyła na niego zatroskanym wzrokiem. Nathan leżał na ziemii stękając z bólu. Niestety nadeszła ta chwila, której tak bardzo się obawiał. Tak bardzo nie chciał by do tego doszło, chociaż dobrze wiedział, że wkrótce to i tak się wydarzy. Dobrze wiedział, że wkrótce jego życie niestety dobiegnie końca.
-Wiesz... Widocznie od początku to było moim przeznaczeniem... - uśmiechnął się do niej słabo. Mimo tego, że był już blisko swej okrutnej śmierci nie przestawał się do niej uśmiechać. Mimo tego, że miał świadomość tego, że zniknie, że już nigdy jej nie zobaczy, w ostatnich chwilach życia się do niej uśmiechał.
-O czym ty mówisz?! - spojrzała w jego słabe, piękne oczy pełne uczuć, pozytywnych uczuć, mimo tego, że umierał, był szczęśliwy... Chociaż trochę szczęśliwy. Szczęśliwy, że mógł ją poraz drugi poznać, znów się w niej zakochać, ponownie przeżyć to co przeżył wcześniej i niestety musiał ponownie ją opuścić, choć przeżywał to już drugi raz, bolało tak samo, jeśli nie bardziej...
-NATHAN!!! - krzyknęła wykorzystując swoje wszystkie siły, włożyła w ten krzyk wszystkie swoje uczucia. Nie miała pojęcia co się dzieje, ale jednak zorientowała się, że zaczyna go tracić. Patrzyła na niego oczyma pełnymi przerażenia potrząsając nim. Z jego pięknych, czarnych oczu spłynęła łza, Nadia była zszokowana.
-Przepraszam... Przepraszam, że Ci nie powiedziałem. - szepnął słabo podnosząc się. Teraz siedział tuż naprzeciw niej.
-Wspomniałeś, że... Zostało ci niewiele czasu. Czy... Czy ty umrzesz?! - spytała drżącym głosem ze strachem patrząc mu w oczy. On tylko uśmiechnął się słabo. Znowu się uśmiechał, jego oczy były takie... Pełne ciepła. Dlaczego? Dlaczego tak się zachowywał mimo tego, że umierał?!
-Znowu Cię opuszczę... Przepraszam. - mówił cicho i powoli, jakby ważył każde słowo. Jego aksamitny głos był taki łagodny i spokojny. Nadia przypomniała sobie jego słowa. "One były błękitne, jak skrawek nieba. Zupełnie tak jakbyś była aniołem..." Już kiedyś słyszała te słowa, już kiedyś widziała te czarne oczy, słyszała ten aksamitny głos... Była pewna, że wcześniej go znała, jednak nic nie pamiętała.
-Nathan... Czy my spotkaliśmy się już kiedyś? Przed moim wypadkiem, o którym ci kiedyś mówiłam? - uporczywie patrzyła mu w oczy, nic nie byłoby w stanie opisać tego co właśnie czuła. Czuła jakby wreszcie jej serce odnalazło coś czego od zawsze szukało, czuła się jakby odnalazła osobę za którą cały czas tęskniła, po prostu czuła jak pustka w jej sercu nagle zaczęła się wypełniać. Dlaczego?
-Może... - odrzekł aksamitnym tonem. - Wiesz... Już czas żebym ci coś powiedział, żebym powiedział ci prawdę o mnie, prawdę o tym kim naprawdę jestem, bo... Pozostało mi niewiele czasu...
-Nathan... - szepnęła powstrzymując łzy. Jej serce biło boleśnie, usta drżały.
-Nadio... Jestem jednym z niewielu potężnych wampirów. Jestem pierwotnym... - odrzekł poważnie, uważnie obserwując jej reakcję. Nadia nie wiedziała co powiedzieć. Pierwotny... Czyli Nathan był jednym z pierwszych wampirów na ziemii. Jednym z najsilniejszych i najstarszych...
-Jak to? - jej głos drżał, dziewczyna ledwie panowała nad emocjami.
-Ja... Jestem synem pierwszego wampira na ziemii, zrodzonym, a nie stworzonym wampirem, i jedynym na ziemii urodzonym wampirem... Jestem synem pierwotnej wampirzycy Mirandy. Posiadam największą moc, jestem wyjątkowym gatunkiem wampira, jednak muszę za to zapłacić wysoką cenę...
-Ale... Jak to możliwe?! Przecież... Byłeś człowiekiem, a wampirem jesteś od niedawna. To niemożliwe żebyś był pierwotnym!!! - krzyknęła przejęta. Nic z tego nie rozumiała.
-To długa historia... - odrzekł przenikliwie patrząc jej w oczy, uniósł ramiona i położył jej dłonie na ramionach. Ponownie się uśmiechnął. - Gdy się urodziłem, żyłem kilka lat z Mirandą. Jednak potem ona wymazała mi wspomnienia i zapieczętowała moją magię. Mój wampiryzm był uśpiony, dlatego byłem człowiekiem. W wieku sześciu lat trafiłem do innej rodziny wraz z moim bratem, Jasonem i obydwoje tam się wychowywaliśmy.
-Rozumiem... Ale, nie rozumiem dlaczego ty teraz...
-Nadia... Ja.. Umrę. Takie jest przeznaczenie urodzonego wampira. Taka moc jest nielegalna, nie powinno jej być, dlatego muszę zostać unicestwiony..
-Nie mów tak! - krzyknęła. - Ty musisz żyć, rozumiesz?! Musisz być przy mnie! O czym ty mówisz?!
-Miranda niedawno umarła, a wraz z nią powoli zaczyna ginąć klan wampirów pochodzących od niej. Powoli opadają z sił, są coraz słabsi, aż w końcu znikają. To samo stanie się ze mną. Po prostu zniknę. Przepraszam... - Chłopak ostatkami sił usiadł naprzeciw niej chwycąc ją za ramiona i patrzył jej uporczywie w oczy. Jego piękne spojrzenie było takie inne, pełne ciepła i spokoju... Sprawiło, że po delikatnym policzku dziewczyny spłynęła łza. Nadia zaczęła płakać nie panując nad emocjami. Nathan przytulił ją delikatnie. Jego dłonie drżały.
-Po tym jak Cię pierwszy raz straciłem, wtedy... Przez tamten wypadek, ja... Przebudziły się moje moce, wspomnienia powróciły i nie potrafiłem tak żyć. Przez całe życie modliłem się o śmierć, żeby tylko zapomnieć o stracie, całe życie czekałem na to, aż w końcu umrę... A teraz nadszedł ten moment, a ja... Wcale nie chcę umrzeć, chcę żyć, tak bardzo chcę znów żyć obok ciebie, dopiero teraz to zrozumiałem, wiesz? Zabawne to trochę... - uśmiechnął się, a z jego błyszczącego, czarnego oka spłynęła łza. Nadia cały czas płakała. Patrzyła na niego, a z jej oczu co chwilę wypływały kolejne łzy. Uświadomiła sobie, że nie chce pozwolić mu odejść, że Nathan na to nie zasługuje, powinien żyć razem z nią... Cały czas być obok niej...
-Czyli jednak już się kiedyś spotkaliśmy, stąd to dziwne uczucie...
-Nie płacz... - szepnął czule delikatnie przesuwając swoje chłodne palce po jej białym, gładkim policzku. Opuszkami palców przejechawszy po jej aksamitnej szyi chwycił kosmyk jej jasnych włosów pomiędzy dwa palce i zaczął się nim bawić. Spojrzał na nią jakby próbował sobie na zawsze wyryć w pamięci tą piękną twarz. Nadia objęła go mocno, a on trochę zszokowany tym gestem jak i również ucieszony położył swe dłonie na jej plecach.
-Po prostu chciałem byś mnie znienawidziła... Żebyś nie cierpiała po moim odejściu. Tylko tego chciałem... - szepnął drżącym głosem.
-No to ci się nie udało. Nawet gdybym chciała Cię znienawidzić, nie potrafiłabym, bo przecież ja cię... - Spłonęła rumieńcem i nagle nie wiedząc czemu nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. "Co ja mu do cholery chciałam powiedzieć?! " zapytała samej siebie w myślach.
-Nathan... Ty przeżyjesz, bo ja... - i znów to samo. Dziewczyna zaciśnęła pięści na swojej spódniczce i spościła głowę w dół. -Ja cię ko... - Nie dokończyła, ponieważ nagle tuż przed nimi pojawiła się tajemnicza postać ubrana cała na czarno, w czarnym kapturze zasłaniającym jej twarz. Nathan zwracając swą twarz do góry uśmiechnął się szyderczo.
-Co? Przyszłaś ponabijać się z poszkodowanego? - spytał sarkastycznie.
-Co ty wyprawiasz do cholery?! - postać wrzasnęła na niego. Nadia była zszokowana. Wywnioskowała, że jest to dziewczyna. Jej głos był taki stanowczy i jednocześnie dziwnie znajomy.
-Wstawaj! Nie wygłupiaj się! - Nathan tylko na nią spojrzał smutnym wzrokiem.
-Jak widzisz jestem na skraju życia i nie jestem w stanie z Tobą walczyć...
-Idiota!!! - krzyknęła wytrącona z równowagi trącąc go nogą.
-Pewnie się cieszysz, bo sama chciałaś mnie zabić...
-Jaki ty jesteś tępy... - westchnęła zniecierpliwiona. - Nie chcę z Tobą walczyć, rozumiesz?! Jak mamy walczyć to masz być pełny sił, jak równy z równym! - krzyknęła kucając przy nim. - Może jakieś ostatnie słowa? - dodała po chwili.
-No... Masz rację... - szepnął Nathan i chwycił Nadię za dłoń. - Proszę Cię, opiekuj się Nadią...
-Coś jeszcze? - ponagliła.
-Kim jesteś? - spytała zdezorientowana Nadia patrząc na tajemniczą dziewczynę. -To nie jest ważne... - szepnęła oschłym głosem.
-Nathan, powiedz jej to co masz do powiedzenia... - Nathan chwycił Nadię mocno za dłoń.
-Dobra, powiem Ci... I tak zaraz umrę...
-Nie mów tak!
-Nadio... Ja tak naprawdę od dawna Cię kocham... - odrzekł przenikliwie patrząc jej w oczy. Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy i płacząc objęła go mocno.
-Ja też Cię Kocham, Nathan! Dlatego nie możesz mnie opuścić...
-Dobra, już dam Ci spokój... - rzekła tajemnicza dziewczyna rzucając w stronę Nathana mały, kryształowy flakonik ze szlarłatnym płynem w środku.
-Co to? - spytał zdziwiony łapiąc podarek w ostatniej chwili.
-Krew twojej matki, czyli antidotum...
-Co?! - krzyknęła Nadia z nadzieją.
-Jeśli to wypijesz dalej będziesz żył. Krew pierwotnego wampira to antidotum, w którym jest zaklęcie na odwrócenie klątwy śmierci...
-Ale jak ty to... Poza tym dlaczego mi to dajesz? - spytał zaciekawiony i zdezorientowany.
-To prezent. W końcu to tobie zawdzięczam nieśmiertelność... - uśmiechnęła się do niego. - naprawdę spodobało mi się bycie wampirem.
-Dziękuję Ci! - krzyknęła uradowana Nadia patrząc na tajemniczą dziewczynę. -Nathan... Wystarczy, że to tylko wypijesz!
-Okej... - powiedział, po czym spoglądając jej śmiało w oczy usiadł obok niej i uniósł buteleczkę w stronę swoich rozedrganych ust.
-A więc jest szansa, że jeszcze trochę pożyję... - uśmiechnął się słabo. Nadia przytuliła go delikatnie płacząc. On tylko lekko otworzył usta ze zdziwienia, był zszokowany tym gestem. Był pewien, że jego serce zaczyna przyspieszać, chociaż był również świadomy tego, że u wampirów tak się nie dzieje. Był szczęśliwy... Chciał żyć, chciał się wiele od niej nauczyć, móc być pozornie człowiekiem... Tyle rzeczy chciał z nią zrobić, tyle go tu trzymało. Chciał pokazać jej świat, wyjechać gdzieś, spędzać z nią całe dnie, sprawić, by sobie przypomniała... Chciał także wkrótce się jej oświadczyć...
-Być może... Skoro jest sposób bym przeżył, napewno jest jakiś sposób byś sobie przypomniała... - uśmiechnął się szeroko. - Jestem tego pewien, zrobię wszystko, byś sobie przypomniała... - w tej chwili połknął szybko szkarłatny płyn pozwalając, by antidotum rozlało mu się w gardle kojąc je. Czy zadziałało? Niewiadomo... Ponieważ w tej chwili Nathan poczuł ból w całym ciele i opadł bezsilny na ziemię...
~~
To na tyle.. ;3 i jak zwykle kończę w "takich" momentach. Ale ze mnie sadystka... Tak torturuję tego Nathanka :( jestem zła... :/ ale przynajmniej naprawiłam =D No.. Tak w pewnym sensie naprawiłam.. :// no nieważne. Kolejny rozdział powinien być niedługo, nwm konkretnie kiedy, ale będzie troszeczkę zaskakujący xD papatki :*

O mój boże !!!! Jak Ty mogłaś doprowadzić mnie do takiego stanu ??!!! Najpierw płaczę bo jest mi cholernie smutno bo Nathanek umiera i nie wiem co począć z tego powodu :'( . A teraz płaczę ze szczęścia bo jednak Nathanek będzie żył :D. Co do rozdziału to jak zwykle cudo , wszystkie uczucia tak pięknie opisane . A poza tym ostrzegam , że niedługo przez Ciebie wyląduje w domu z wesołymi ludźmi w pokoju bez klamek :D A to wszytko przez to , że będę musiała czekać na kolejny rozdział .... Życzę Weny ,weny ,weny i jeszcze raz weny . Taki po prostu ogrom weny abyś mogła kontynuować to cudowne opowiadanie :D Kocham Cię <3
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :
Mirajane <3
Pamiętaj tylko Miruś, że ja czekam na twój rozdział :D Niedługo dodam 12 xD będzie się działo, haha :) dziękuję za piękny kom i pozdrawiam Cię mudrzynie!!! :)
Usuń