piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 5

Rozdział 5  "Spójrz... Przy tobie moje serce bije szybciej! "

Od tamtego wydarzenia minęły dwa tygodnie. Dla Nadii były to dwa dni. Dwa koszmarne "dni". Nie mogła zapomnieć o Emily. Dlaczego wszyscy ją do tego namawiali?!  Dlaczego do cholery każą jej o niej zapomnieć?! Czego od niej oczekują?! To niemożliwe żeby o niej zapomniała, a tym bardziej, by żyła dalej normalnie. Nie, bez Emily. Nadia siedziała na łóżku w swoim pokoju. Przez małą szparę pomiędzy granatowymi roletami, a framugą okna wpadała wąska smuga światła. Dziewczyna milcząc przyglądała się swoim dłoniom. Nie potrafiła myśleć o czymkolwiek innym niż o Emily. Do pokoju weszła jej mama.
-Nadia... - zaczęła kobieta drżącym tonem, pełnym troski głosem - już czas żebyś poszła do szkoły.
-Nie mamo, nie chcę. Jeszcze nie jestem gotowa. Jeszcze się po tym nie pozbierałam. - odpowiedziała patrząc na nią błagalnym wzrokiem. Amy podeszła do niej i usiadłszy obok niej objęła córkę ocierając jej łzę, która spłynęła po jej jasnym policzku. Nadia nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że zaczęła płakać. Nie chciała bardziej martwić swojej mamy, więc z trudem powstrzymywała łzy, z wielkim trudem panowała nad emocjami.
-Kochanie. Nie możesz tego dłużej ciągnąć. Musisz przestać o niej myśleć, pójść do szkoły, zacząć normalnie funkcjonować. Zapomnij o Emily. Jestem pewna, że nie byłaby zadowolona widząc jak cierpisz...
-Słucham?! - podniosła głos. - Dlaczego mam o niej zapomnieć?! To przecież niemożliwe... Myślisz, że to jest możliwe?! Poza tym nawet nie chcę o niej zapomnieć. Tylko to mi po niej zostało, pamięć o niej... - jej ręce drżały, ale nie płakała. To znaczy na zewnątrz nie płakała, w środku skrywała swoje prawdziwe uczucia. Dusiła to w sobie. Jednak nie chciała zawieść matki i przyswarzać jej więcej zmartwień.
-To ja już wychodzę. - powiedziała z największym optymizmem na jaki tylko było ją stać i wyszła z domu. Ale wcale nie poszła do szkoły. Nie chciała tam iść. Nie miała zamiaru być w centrum zainteresowania całej szkoły, nie chciała litości swoich rówieśników, a tym bardziej tych współczujących wspomnień. Chciała iść na wagary, szła więc tam gdzie ją nogi poniosły. Podczas drogi myślała o Emily. O jej pogrzebie, który odbył się tydzień temu. Nie chciała o tym myśleć, a jednak nie potrafiła się od tych myśli uwolnić. To gdy poraz ostatni ujrzała ją w trumnie. Jej blada skóra,  czerwone usta, inne niż wcześniej. I krwistoczerwony szal oplatający jej szyję. Mimo to, że była martwa, dla Nadii wydawała się być taka... Żywa. Nie rozumiała dlaczego. Jednak to była prawda... Dziewczyna doszła do rozłożystej polanki, na środku której widniał potężny dąb. Polanka ze wszystkich stron była otoczona drzewami i krzewami. Jasne promienie słońca delikatnie muskając źdźbła trawy oświetlały to niezwykłe miejsce. Gdzieniegdzie złotawa trawa była wysoka, że można było się w niej swobodnie ukryć. To właśnie było ulubione miejsce Nadii. Zawsze tu przychodziła gdy była smutna. Często przychodziła tutaj z Emily. Z tym miejscem wiązało się wiele wspomnień. Dziewczyna nie miała pojęcia, że to miejsce było odwiedzane przez jeszcze inną osobę i właśnie dla tej osoby ta polanka wiele znaczyła. Rozmyślając usiadła przy potężnym pniu drzewa opierając się o nie plecami. Nie miała pojęcia o tym, że za jej plecami, po drugiej stronie pnia siedzi... Nathan. Jednak on ją od razu wyczuł. Teraz chciał wykorzystać to, że dziewczyna jest nieświadoma jego obecności, dlatego zachowywał się cicho. Nadia skuliła się tuląc własne nogi i zaczęła płakać. Wszystkie skrywane do tej pory emocje eksplodowały z niej. Teraz była sama, a przynajmniej tak myślała, więc nie musiała się powstrzymywać. Chciała wszystko z siebie wyrzucić.
-Emily... - szeptała przez płacz. - Emily, Emily! - złapała się za klatkę piersiową, czując nagły ból w sercu.
Nathan westchnął. Poczuł jak powoli zaczynały targać nim emocje. Miał dość. Nie chciał, by przez niego cierpiała. Ale dlaczego? Przecież sam powiedział, że nic dla niego nie znaczy. Przecież nie jest zdolny do uczuć...
-Emily... Wróć... Ja... Emily, przepraszam, przepraszam Cię! - Nadia nie potrafiła zapanować nad emocjami. Cierpiała i tęskniła. Czuła niewyobrażalny smutek i pustkę w sercu. Wołała ją, chociaż wiedziała, że to nic nie da, bo jej już tu nie ma. A jednak nie przestawała nawoływać. Czuła się w tej chwili taka samotna...
A Nathan... Poraz pierwszy w swoim wampirzym życiu poczuł okropne wyrzuty sumienia. Jego serce drgnęło poruszone, a on sam nie potrafił zrozumieć co się z nim dzieje. Poczuł mrowienie w palcach i okropny ucisk w sercu. Dlaczego? Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Żałował, tak bardzo żałował. Tak bardzo chciał cofnąć czas. Tak bardzo...
-Przepraszam Cię Emily, przepraszam, przepraszam... -  Nadia wyprostowała się odchylając swoją rękę w tył. Nathan siedzący tuż za nią odwrócił się delikatnie i odchyliwszy głowę w tył delikatnie ujął jej ciepłą rozedrganą dłoń. Dziewczyna drgnęła.
-Nie masz za co przepraszać. To nie twoja wina. - odrzekł cicho, ciepłym głosem. - Nie płacz... - wstał i podszedł do niej kucając tuż przed nią, podpierając się dłonią o pień drzewa. Jego głos był taki ciepły... Jak nigdy dotąd...
-Znowu ty... Dlaczego ciągle się na ciebie natykam? - spytała, by odwrócić jego uwagę od swojego smutku. On jednak spojrzał jej głęboko w oczy, a ona niczym małe bezbronne dziecko spoglądała mu w jego piękne oczy z zadziwem. Były takie czarne i takie głębokie. Nigdy wcześniej nie widziała piękniejszych. On spojrzawszy w jej śliczne, szklane, anielskie i błękitne niczym niebo oczy zatracił się w nich. Otarł jej łzę spływającą po jej policzku.
-Nie powstrzymuj się. Płacz jeśli chcesz. - rzekł nadal cicho swoim ciepłym aksamitnym tonem. Usiadł obok niej i delikatnie ją objął. A ona wtuliła się w jego silne ramię, tak jak to robiła kilka lat temu. Tylko, że ona nawet tego nie pamiętała. On tak. Dziewczyna już nie zwracała uwagi na jego nietypowe zachowanie. Po prostu się rozpłakała. Płakała tak przez kilka minut. A on patrzył w niebo smutnym wzrokiem. Tak bardzo żałował... Tak bardzo chciał naprawić...
-Emily odeszła przeze mnie... Gdybym wcześniej do niej przyszła, gdybym tylko wcześniej się z nią spotkała mogłabym ją ochronić, do niczego takiego by nie doszło. To wszystko moja wina...
-Nieprawda. To nie twoja wina. Nic nie mogłaś zrobić. Przestań tak myśleć.
-Nawet nie mam pojęcia dlaczego ci o tym mówię. Przecież jesteś... Ech... Znaczy się... Nawet nie wiem jak masz na imię. Ale ostatnio ciągle się na ciebie natykam.
-Być może... - uśmiechnął się do niej ciepło.
-Nie jesteś taki zły jak myślałam.
-Nic o mnie nie wiesz, więc nie możesz tak mówić... - odrzekł oschłym tonem. Nadia była jednak trochę zszokowana. Ten "tajemniczy wampir" byłby ostatnią osobą która by ją pocieszała.
-Przepraszam Emily... - powiedziała cicho, po czym w ciągu kilku sekund zasnęła. Chłopak delikatnie odsunął jej ramiona i powoli ułożył ją na swoich kolanach. Spojrzał na nią poraz kolejny. Przezabawne. Jej twarz przypominała teraz dziecięcą twarzyczkę. Teraz tak bardzo mu przypominała tą Nadię sprzed trzech lat. Niewinną, słodką anielicę, za którą był w stanie oddać życie. Pogłaskał ją po policzku i boleśnie westchnął. Czuł teraz tyle przykrych emocji. Tak bardzo nie chciał, by cierpiała. Pragnął ponownie ujrzeć jej promienny, śliczny uśmiech. Marzył, by usłyszeć jej melodyjny śmiech. Nadia spała teraz na jego kolanach. Było zupełnie tak jak przed wypadkiem, który wszystko zmienił...
-Przepraszam Cię, Nadia... - zaczął cichym, aksamitnym głosem. - przepraszam. Naprawdę nie chciałem. To było silniejsze ode mnie. Wybacz mi, proszę... - powiedział po czym odchylił głowę w tył i znów zaczął patrzeć w niebo nieobecnym wzrokiem. W końcu się na coś zdecydował. Tak, był tego pewien. Pragnął w pewnym stopniu ją uszczęśliwić. Chciał to zrobić. Zamknął oczy i się skupił. A po kilku sekundach był już w jej głowie, w jej śnie i mógł go kontrolować. To była jedna z wampirzych mocy. Chciał to zrobić, po prostu chciał chociaż trochę złagodzić jej cierpienie. Mimo to zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie nic już naprawić. Zabił jej przyjaciółkę... Ale przecież nie chciał jej zabić. Nie chciał być tym czym się stał. Dlatego... Właśnie dlatego wkradł się do jej snu, by móc go kontrolować. Nie rozumiał do końca dlaczego to zrobił, dlaczego tak bardzo tego chciał. Dlaczego w pewnym stopniu zależało mu na niej? Pierwszy raz odkąd został potępiony zdarzyło mu się czuć... Te nowe uczucia wypełniły całe jego twarde, okute lodem serce powoli topiąc ten zimny lód. Poraz pierwszy poczuł wyrzuty sumienia, chciał naprawić wyrządzone krzywdy. Przypomniał sobie, że kiedyś ją kochał...
-Przepraszam... Nie chciałem tego, naprawdę. - Mówił łagodnym tonem patrząc na nią spojrzeniem jakim nigdy wcześniej na nikogo nie patrzał. - Wybacz mi, proszę... Stworzę dla ciebie sen, stworzę dla ciebie coś co cię uspokoi... Nigdy cię nie zranię, nigdy...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nadia stała w jasnym oświetlonym pomieszczeniu. Nic nie było widać prócz intensywnej rażącej w oczy bieli. Nagle przed nią ukazała się postać uśmiechniętej, pięknej dziewczyny. Oczy miała brązowe, wiśniowe, śliczne usta i rozwiazne falowane włosy.
-Emily!-krzyknęła podekscytowana podbiegając do niej. Wtuliła jej się w ramiona i zaczęła płakać.
-Nie płacz już... - odrzekła Emily ciepłym głosem. - proszę Cię nie płacz.
-Ale... Tak bardzo mi ciebie brakuje. - powiedziała łamiącym się głosem. Emily otarła jej łzę z policzka i spojrzała jej w oczy.
-Wiem... wiem o tym. Ale płacz nie ma sensu, przecież i tak nie wrócę. Nie chcę abyś przeze mnie płakała. Chciałabym abyś żyła pełnią życia, za nas obie. To moja ostatnia prośba do ciebie... Przestań o mnie myśleć, nie chcę żebyś o mnie zapomniała, ale proszę Cię, żyj dalej. Masz przed sobą całe życie, nie marnuj chwili na łzy. Na mnie już przyszedł czas, ale nie odeszłam na zawsze... Pamiętaj o tym...
-Emily... - powiedziała drżącym głosem, a przyjaciółka pogłaskała Nadię po policzku.
-Zawsze będę przy tobie i zawsze jestem. W twojej pamięci, w twoim sercu, w twoich wspomnieniach. Dlatego chcę widzieć Cię jak się uśmiechasz. Obiecaj mi to, że będziesz żyła pełnią życia, za nas obie, dobrze? - spojrzała Nadii głęboko w oczy.
-Dobrze, obiecuję... - odrzekła Nadia po chwili. - Obiecuję, że będę żyć szczęśliwie, nie będę myśleć o tym, że cię nie ma. Obiecuję, że będziesz ze mnie dumna... - dokończyła z trudem powstrzymując napływające łzy.
-Nie będziesz płakać?
-Nie...
-Obiecujesz?
-Tak...
-Napewno?
-Tak...
-Więc dotrzymaj obietnicy, kocham Cię. - uśmiechnęła się do niej po czym zniknęła.
-Dotrzymam, nie będę płakać. Będę cieszyć się życiem... Żegnaj Emily...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nadia powoli otworzyła oczy. Nad sobą dostrzegła zamyśloną twarz...Właściwie to mimo tego, że ciągle się na niego natykała nie znała jego imienia. Westchnęła przyciągając się.
-Obudziłaś się?
-Tak... - odparła łagodnym głosem.
-W porządku? - zapytał z wahaniem.  - Tak... - odpowiedziała miękko ze spokojem, po czym delikatnie uśmiechnęła się do niego. - Tak, teraz tak...
-To dobrze... Wygodnie ci się spało na moich kolanach? - uśmiechnął się do niej olśniewająco, a Nadia speszona spłonęła rumieńcem. Po chwili z jej ust wydobył się słodki, melodyjny śmiech, który spodobał się Nathanowi.
-Dlaczego się śmiejesz? - spytał zbity z pantałyku. Ona odwróciła się do niego z promiennym uśmiechem na twarzy. Ten widok sprawił, że Nathan poczuł dziwne mrowienie w ciele, wydawało mu się, że się rumieni. Chociaż to niemożliwe, bo u wampirów takie coś nie występuje.
-Sama nie wiem. Po prostu pozbyłam się tego ciężaru z serca i czuję się taka... wolna? - Nadal nie przestawała się uśmiechać, a Nathan nie przestawał na nią patrzeć. Nawet nie zmrużył oka, nie oderwał od niej wzroku nawet na moment. Jak gdyby chciał zarejestrować w swojej głowie każdy jej ruch, jakby próbował wyryć jej piękny uśmiech w swojej wyobraźni, by był z nim na zawsze.
-Dlaczego mi się tak przeglądasz? - spytała zaciekawiona. On nawet po tym pytaniu nie spuścił jej z oczu. Patrząc na nią uśmiechał się delikatnie, spojrzenie miał takie inne... Nigdy przedtem nie patrzył na nikogo takim pięknym pełnym ciepła i podziwu spojrzeniem. Dzisiaj Nadia wydawała mu się jakaś taka, inna niż zwykle. Była taka... słodka? Nathan nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powoli zaczynał ją postrzegać tak samo jak sprzed kilku lat, przed wypadkiem, gdy jeszcze byli razem.
-Nie mam pojęcia... - odpowiedział bez namysłu.
-Przestań. - powiedziała nieśmiało, nerwowo odwracając wzrok z zasięgu jego spojrzenia. Nie wiadomo z jakich przyczyn nie chciała patrzeć mu w oczy. Jego spojrzenie wydało jej się teraz takie piękne, piękniejsze niż wcześniej, jak gdyby dostrzegła w nich głęboko skrywane unikalne piękno. To ją po prostu onieśmielało.
-Dlaczego?
-No bo... To krępujące. - Na jej twarz ponownie wstąpiły delikatne rumieńce, a w jej błękitnych oczach widać było zawstydzenie. To nadało jej jeszcze większego uroku, więc Nathan zaczął przyglądać jej się z jeszcze większym zainteresowaniem. Podziwiał jej śliczne błękitne oczy, które otaczały czarne rzęsy, jej bladą cerę, zarumienione policzki i różowiótkie usta. Czy zawsze wydawała mu się taka jak teraz? Od zawsze wydawała mu się taka piękna i wyjątkowa? Zdał sobie sprawę z tego, że zaczął inaczej ją postrzegać. Jednak wcale nie chciał jej tak widzieć. Nie chciał emanować do niej takimi uczuciami, bo przecież... Ona go nie pamięta, nie wie kim dla niej był w przeszłości i co razem przeżyli. Przez to, że nie pamiętała on taki się stał. Wyłączył w sobie uczucia i przestał być dobry... Nigdy nie spodziewałby się, że to wszystko tak się potoczy...
-Hej, co się stało? - spytała Nadia z troską. - Wszystko okej?
On tylko pokiwał głową. Dziewczyna nie miała pojęcia dlaczego chłopak nagle zaczął inaczej się zachowywać. Usiadła obok niego opierając się o drzewo i oboje zaczęli spoglądać w gwiazdy, tak jak to kiedyś robili. Tylko, że ona tego nie pamiętała.
-A to ciekawe. Spędziliśmy ze sobą cały dzień. - zachichotała i sama była zdziwiona. Nie miała pojęcia, czemu z nim rozmawia jak gdyby znali się już od dawna. Chociaż to prawda, bo poznali się kilka lat temu... Nadia nie wiedziała dlaczego się go nie bała. Znała jego sekret, a jednak nie czuła strachu.
-Wiesz, będę tęsknić za Emily, ale nie będę już płakać. Od jutra wracam do szkoły.
-Naprawdę?
-Tak. Dzisiaj zrozumiałam, że życie toczy się dalej, a ona nie chce bym była smutna. Przysięgłam sobie, że nie będę płakać, już nigdy... - mówiła twardym głosem, który w niektórych momentach się załamywał. Z trudem powstrzymywała łzy.
-Napewno? - spytał poważnie nie spuszczając z niej wzroku.
-To znaczy od teraz... Teraz płaczę ostatni raz. - powiedziała, po czym pozwoliła, by ostatnia łza spłynęła po jej policzku. Nathan chwycił jej głowę i przycisnął ją do siebie, by ją... Objąć?! Dziewczyna zesztywniała. Naprawdę zdziwił ją tym niespodziewanym gestem.
-Co ty robisz?
-A co? Nie widać? Pozwalam ci się wypłakać na moim ramieniu. Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć. - powiedział łagodnie, jakby to była najzwyklejsza rzecz ma świecie.
"Wiem, że taka okazja może się nie powtórzyć. Wiem, że już jutro nie będziesz taki i spowrotem staniesz się oschły. Wiem czym jesteś, jednak nie dlatego taki jesteś. Coś musiało się wydarzyć w twojej przeszłości. Ciekawe co... Mimo wszystko dziękuję. Dziękuję, że jesteś przy mnie i mogłam odnaleźć w tobie trochę wsparcia". Nadia powiedziała to w myślach patrząc intensywnie na tył jego głowy, gdy on niespodziewanie się odwrócił. Jej serce nie wiedząc dlaczego, w tej chwili przyspieszyło. Nathan tylko uśmiechnął się łobuzersko. Potem zaczął się do niej przybliżać, ona nie wiedząc co zrobić odchylała się do tyłu, aż w końcu poczuła jak leży na chłodnej, wilgotnej trawie. On dłonie miał oparte na ziemii podpierając się łokciami, pomiędzy nimi znajdowała się jej głowa. Chłopak leżał na niej, a ich twarze były teraz bardzo blisko. Jeszcze nigdy nie mogła podziwiać jego pięknych, czarnych oczu z tak niewielkiej odległości od jej własnych. Dziewczyna nie miała pojęcia o co mu chodziło. Jednak on się roześmiał. Teraz to już kompletnie była zbita z pantałyku.
-Wyluzuj. Chciałem tylko coś sprawdzić.
-Co do cholery?!
-Widzisz... Za każdym razem gdy jestem bliżej ciebie, Twoje serce... Ono przyspiesza. - powiedział poważnie, patrząc jej przenikliwe w oczy. Czuł się trochę zdenerwowany, ta jego pewność siebie zniknęła, jednak nie dał tego po sobie poznać. A Nadię zamurowało.
-Tylko tego źle nie interpretuj. Znam twoją tajemnicę i nadal czuję się trochę nieswojo przy tobie. - W rzeczywistości było inaczej, ale Nadia nie chciała się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Udało jej się jakoś z tego wybrnąć.
-Rozumiem... - Przez chwilę Nadii wydawało się, że w jego pięknych oczach dostrzegła rozczarowanie.
-Podobam ci się? - spytał uśmiechając się do niej.
-Nie gadaj głupot! - odrzekła, po czym odwróciła swoją głowę w prawą stronę, by na niego nie patrzeć. Och... Dobrze, że było ciemno, nie mógł zobaczyć jej słodkich rumieńców...
-Widzę je...
-Co? - spytała zdziwiona.
Nathan skorzystał z okazji, że jego twarz była zwrócona dokładnie w stronę jej lewego ucha i pochylił się nad nią, po czym uroczo wyszeptał jej do ucha:
-Widzę jak się ślicznie przeze mnie rumienisz... - powiedział, po czym zachichotał. A Nadia znieruchomiała.
-Chciałbyś! - krzyknęła podnosząc się gwałtownie i przypadkiem zderzając się z nim. Nathan chwycił ją w talii, po czym przewrócił ją na drugą stronę, tak,  że teraz ponownie leżała tuż pod nim.
-Przyznaj, że Ci się podobam...
-Nie! Nie ma w tobie nic fajnego, niby dlaczego miałbyś mi się do cholery podobać?!
-Ach, tak? - spytał udając zawiedzionego. A może wcale nie udawał? - Nie jestem fajny? Jestem brzydki?
-Nie! Nie o to chodzi. To znaczy... - Nadia wdepnęła na minę, a Nathan uśmiechnął się z satysfakcją.
-Czyli nie zaprzeczysz? - spojrzał na nią nonszalancko, a ona zawstydzona zaczęła się czerwienić. On chwycił ją ramieniem i przyciągnął do siebie kładąc się na trawie tak, że teraz obydwoje leżeli wtuleni w siebie ze zwróconymi twarzami do gwiazd. On pewny siebie, patrzył w gwiazdy przyglądając się im w ciszy, trzymając ją w ramieniu. Ona wtulona w jego ramię także patrzyła w gwiazdy. Obydwoje milczeli, pogrążeni w ciszy. Żadne z nich przez chwilę nie odezwało się ani słowem. Jak gdyby obawiając się, że jakiekolwiek wypowiedziane słowo  może zepsuć ten nastrój. Przestali zwracać uwagę na to co się dzieje i jak się zachowują. Nic już nie było dla nich ważne, po prostu na moment "przestali istnieć".
-Widzisz? Tamta świeci najjaśniej.-zaczął Nathan swoim aksamitnym tonem.
-Jest piękna...
-Zupełnie tak piękna jak ty... - odrzekł nie zważając na to ci mówi.
-Co?
-Nic... - zaczął zmieszany. - Tylko nie myśl, że to komplement. Właśnie porównałem Cię do olbrzymiej, masywnej, gazowej kuli więc... - wybrnął z sytuacji i w myślach odetchnął z ulgą. Odwrócił się w jej stronę. Leżała obok niego i wpatrywała się w jego oczy. Tym razem nie oderwała od niego wzroku. Jak gdyby kogoś w nim rozpoznała. 

-Nathanie... - szepnęła do niego czule. Poraz pierwszy wypowiedziała jego imię. Jednak... Skąd ona je znała?

1 komentarz:

  1. Aaaaa!!! Cudo :3 Uwielbiam Kocham !!! <3 Ja chcę więcej , więcej , więcej !!! Rozdział po prostu piękny :D Skąd ty masz taki talent do pisania ja się pytam ?? ;) Czekam z niecierpliwością na następny rozdział :3 <3 Pozdrawiam i życzę weny !! :D <3

    OdpowiedzUsuń